29 października 1954 roku w warszawskim Kinie Letnim wyświetlona została filmowa adaptacja „Hamleta” w reżyserii Laurence’a Oliviera. Na widowni był tego wieczoru Zbigniew Herbert i – jak cztery dni później donosił listownie Halinie Misiołkowej – siedział, „szczękając zębami z zimna i z emocji”. Jego obecność pośród widzów seansu miała charakter wyjątkowy: w tym dniu właśnie kończył poeta 30 lat. „Hamlet” był prezentem składanym z tej okazji samemu sobie

Zastanawiający prezent. Tragiczna historia duńskiego księcia należała do najważniejszych lektur literackiej młodości Zbigniewa Herberta. Poeta odnalazł w niej portret człowieka, który dojrzewa do pełni egzystencjalnej świadomości, poznaje zło świata, podejmuje trud jego osądzenia i walki, ale też dorasta do własnego przeznaczenia. Przyjmując los takim, jakim on jest i musi być, bohater Szekspira zyskuje wewnętrzną wolność i wielkość, choć traci życie. Takiemu Hamletowi złożył Herbert patetyczne przyrzeczenie w eseju „Hamlet na granicy milczenia” z roku 1952: „ślubujemy Ci, książę, że kiedy przyjdzie czas próby, wybierzemy cięższy rapier i cięższą śmierć”.

Podobne sformułowania, tyle że w tonacji obniżonej, mniej koturnowej, pojawiają się w urodzinowym liście do Misiołkowej. Przekroczenie symbolicznej granicy trzydziestego roku życia staje się okazją do składania deklaracji egzystencjalnych i moralnych, skupionych wokół motywu rezygnacji z marzeń i przyjęcia za swoje tego, co nieuchronne. Herbert pisze o „pożegnaniu z młodością”, stwierdza, że „najtrudniej przystać na czas”, ale „trzeba i na to się zgodzić”. Aktualnie tworzone wiersze określa jako „mniej beznadziejne”, gdyż pogodzone z losem i śmiercią „na zasadzie tragicznej afirmacji”. Pogodzenie, akceptacja, przyjęcie, uspokojenie – te słowa tworzą krąg określeń dziwnie uporczywych i powracających w różnych próbach nazywania własnego losu.

Wśród Herbertowskich wierszy z 1954 roku wskazać można utwór, który podobnym nastrojom daje wyraz szczególnie ciekawy: znakomite „Balkony” opublikowane później w tomie „Hermes, pies i gwiazda”.

Wiersz powstał 28 stycznia 1954 roku, a więc dziesięć miesięcy przed trzydziestymi urodzinami poety. Wątek pożegnania z młodością jest w nim poprowadzony bardzo wyraźnie, tyle że samego pojęcia młodości nie należy pojmować zbyt wąsko, jako określonego wieku metrykalnego. Młodość to przede wszystkim zmysł przygody (motyw lotu, morza, liny okrętowej), doświadczenie niebezpieczeństwa (obrazy sztormu, żeglugi), a zarazem uspokojenia, ładu, harmonii, szczęścia (rekwizytorium arkadyjskie, bukoliczne). Tak pojęty kompleks doświadczeń i przeżyć okazuje się jednak czystą fikcją i konwencją kulturową. W rzeczywistości, twierdzi Herbertowski podmiot, nie da się go zrealizować. Nie jest możliwa przygoda, skoro jedynym dostępnym lotem okazuje się samobójczy skok z balkonu na beton podwórka, motyw morza przyjmuje karykaturalną postać dachów kamienic, a lina okrętowa ujawnia się w postaci żałośnie pomniejszonej, jako kosmyk włosów. Nie ma wzniosłego niebezpieczeństwa, do którego zachęcał swoich czytelników Nietzsche, gdy sztorm jest „chromy”, przychodzi od strony „strzyżonych ogrodów”, a żywioły otaczające żeglarza są „starcze”. Nie ma wreszcie Arkadii, obłoków, gajów. Są tylko – balkony.

Rzecz zastanawiająca: w tym samym 1954 roku wiersz niezwykle bliski tematem, tonacją emocjonalną, ukształtowaniem podmiotu, nawet tropami metaforycznymi i leksykalnymi ułożył

Leszek Elektorowicz. Odmienna jest tylko wersyfikacyjna postać tekstu.

Miało być inaczej
Miało być inaczej
miały być dnie
barwnością, promieniem
lecz ciężkie mgły legły
i pełzać musimy
twarzą przy ziemi
Miały być oczy szeroko otwarte
i rozbłyskane od śmiechu
lecz jak u starca zlepione powieki
zasłoniły dalekość
oczy w szparze
wargi w kurzu
nikt nie słyszy
Miał być wiatr świeży
szum oceanów
nad fal grzywami bańki tęczowe
Miał być lot wysoki
w przestrzeń migotliwą
w bezgranicznym słowie
Kim miałem być
i jaki
(ach, ile to już lat!)
Kim jestem
(ach, ile jeszcze lat…)
Oczy w szparze
wargi w kurzu
nikt nie słyszy
Gdzie jestem, gdzie jestem?!
Dyszę

Bardzo znamienny jest tytuł wiersza, eksponujący żarliwość i bezkompromisowość pretensji wobec świata. Na pytanie, co „miało być inaczej”, podmiot odpowiada: wszystko. Wszystko, czego doświadczam, wszystko, z czym się stykam i w czym żyję, powinno wyglądać inaczej.. Ta rozległość pretensji i odrzucenia podkreśla skandaliczny charakter rzeczywistości. Wszystko miało być dobre, a jest złe. Oczywiście dla czytelnika z lat 50. (takiego czytelnika, do jakiego wiersz był intencjonalnie kierowany) za tymi określeniami stały bardzo konkretne treści. Nie powinno być II wojny światowej, Jałty, stalinizmu w Polsce, a więc wszystkiego, co jest i określa los podmiotu, sprawiając, że musi on żyć tak, jak nie chce i nie powinien.

Zbieżności pomiędzy wierszami Herberta i Elektorowicza, dające się zauważyć na poziomie obrazowania i metaforyki, są daleko idące. W obu utworach dla określenia tego, „jak miało być”, użyty został motyw lotu, żeglugi, świeżego wiatru i ogromnych przestrzeni. To pokrewieństwo poetyckich głosów z roku 1954 wpisuje się zresztą w całą sekwencję paralelizmów zachodzących między artystycznymi biografiami autorów „Struny światła” i „Świata niestworzonego”. Można je również rozpatrywać w szerszej perspektywie pokoleniowej. Wymienione zjawiska nie powinny jednak przysłaniać specyfiki wiersza Herbertowskiego, którego akcentem końcowym nie jest pretensja do świata. Podmiot godzi się z tym, że jedyną dostępną mu rzeczywistością są i będą „balkony”. Nie jest to wzniosła, Hamletowa afirmacja własnego losu. Raczej gorzka i wymuszona zgoda na świat „inny, niż miał być”, świat, z którego jedyną możliwą ucieczkę zapewnia „tylko podróż promem tylko prom na koniec”.

W świetle tekstowych świadectw z roku 1954 duchowy wizerunek poety jawi się w barwach pesymistycznych, ciemnych. Co ciekawe, tonacja „Balkonów” oraz epistolarnej relacji o dniu urodzin współbrzmi z tym portretem Herberta, który kilkoma kreskami zarysowany został na kartach „Dziennika 1954”. Opisując pogodną powierzchowność swego przyjaciela, Leopold Tyrmand zauważa: „kryje się za nią coś w rodzaju rozpaczy pochylonego nad studnią życia, niezwykle wrażliwego poety, który podejrzewa, że przegrał własne życie”.

Myśląc o tym Herbertowskim smutku, chciałbym uciec od psychologizującego schematu, jaki nasuwa okoliczność metrykalna – przekraczanie granicy trzydziestego roku życia, czyli symbolicznej smugi cienia w męskiej biografii. Ale ku tej kwestii uwagę zwracają gesty samego poety. W okolicach urodzinowego października 1954 roku powstaje kilka utworów rozliczeniowych, podsumowujących. Każdy z nich jest swoistym, odrębnym światem, ale wszystkie łączą się w minorowej, melancholijnej tonacji. „Życiorys” (3 – 9 października) to wizja losu poety z pokolenia 1920, przeżywającego kolejno dzieciństwo, wojnę, powojenne rozterki, wreszcie luksusowe zniewolenie artysty przystającego na warunki dyktowane przez totalitarne państwo. W wierszu pt. „Dojrzałość” (24 listopada) Herbert kreuje zbiorowy podmiot żegnający się z młodością i jej nieodłącznym atrybutem, niepokojem, podmiot, który sam o sobie powiada:

jesteśmy po prostu wolni
to znaczy gotowi odejść

Natomiast 28 i 29 października (czyli w dzień i w przeddzień urodzin) powstaje bardzo osobisty wiersz „Moje miasto”, jakby relacja z onirycznego spaceru po Lwowie dzieciństwa. Podmiot, silnie odautorski, konkluduje:

w końcu zostanie kamień
na którym mnie urodzono

Na autografie widnieje dopisek: „30 lat”. Prócz urodzinowego seansu „Hamleta” i urodzinowego wiersza Herbert zadbał o jeden jeszcze rytuał, wpisujący się w smutną, melancholijną celebrację rocznicy. Kilka dni po 29 października 1954 roku donosił o nim listownie Halinie Misiołkowej: „W dzienniku zapisałem: »odtąd już wszystko będziesz powtarzał«”. Istotnie, w tym samym notatniku, w którym utrwalony został wiersz „Dojrzałość”, ledwie pięć stron dalej, tuż przy górnej krawędzi pustej, niezapisanej kartki, widnieje ołówkowa inskrypcja: „teraz wszystko będzie się już 30 lat powtarzało”.

A przecież już ten smutny rok 1954 niósł w sobie zapowiedź gruntownej i pomyślnej odmiany losu. Lata 1954 – 1957 przyniosły całą sekwencję zdarzeń. Publikacja kilkunastu wierszy na łamach almanachu „… każdej chwili wybierać muszę”, udział w głośnej wówczas, a i po latach pamiętanej „prapremierze pięciu poetów”, dwa pierwsze tomy poetyckie, życzliwie przyjęte przez krytykę jako jeden z przejawów odrodzenia poezji polskiej, publikacja dramatu – oto lista niewątpliwych sukcesów, które niedawnego banitę literackiej sceny przemieniły w protagonistę. Tę przyspieszoną metamorfozę Herbertowego losu w sposób plastyczny i efektowny ukazuje ciekawa historia drugiej wersji wiersza pt. „Zimowy ogród”(I).

Utwór znany z tomu „Struna światła” i rozpoczynający się od słów: „Jak liście opadały powieki kruszyła się czułość spojrzeń” powstał 23 lutego 1954 roku. W tomie „Napis”, a więc dopiero w roku 1969, pojawił się inny wiersz pod tytułem „Zimowy ogród”(II), będący polemiczną korektą naniesioną na tekst wcześniejszy. Można by się spodziewać, że pierwszą i drugą wersję utworu oddziela jakiś znaczący przedział czasowy. Tymczasem jednak „Zimowy ogród”(II) zaczął Herbert pisać kilkanaście dni po „Zimowym ogrodzie”(I), bo już 6 marca 1954 roku. Uczynił to w okolicznościach cokolwiek niepoetyckich, bo podczas szkolenia, na które został wysłany jako urzędnik w biurze Centralnego Zarządu Torfowisk. Chyba dla podkreślenia ironicznego charakteru sytuacji na autografie widnieje dopisek: „Torf/kurs fachowy”. Można sobie wyobrazić Herberta, który w trakcie jakiejś kształcącej prelekcji, pod pozorem pilnego notowania pisze:

zastukał pazur mrozu w okno
okno otwiera się na ogród…

Wiersz dojrzewał jednak długo, bo autograf z ostateczną redakcją „Zimowego ogrodu”(II) nosi datę 26 stycznia 1957. Rzecz ciekawa, znowu pojawia się tu dopisek informujący o geografii aktu twórczego, ale teraz brzmi on już inaczej: Obory. Ta zmiana scenografii – z Torfprojektu na Dom Pracy Twórczej ZLP – mówi wiele o metamorfozie, jaka zaszła w ciągu trzech lat w życiu poety. Ale też świadczy o przemianach w polskim życiu literackim, kulturalnym, społecznym, wreszcie politycznym. Ostatecznie w roku 1954 (i wcześniej) w oborskim pałacu mile widziane były inne wiersze niż subtelny liryk o mrozie…

Przegrany poeta amator, który w ciągu kilkunastu miesięcy stał się wschodzącą gwiazdą młodej literatury, wobec całego „mechanizmu odmiany” zachował zdystansowany sceptycyzm. O doświadczanej nobilitacji mówił zawsze z sarkazmem, gorzką ironią i autoironią (dość przypomnieć wiersz „Jak nas wprowadzano”). Niemniej jednak – trudno zaprzeczyć – sukces w połączeniu z awansem był bezdyskusyjny, przyszedł w porę i z korzyścią: dla Herberta i dla polskiej literatury.

Odtąd wszystko będziesz powtarzał… Gdyby to dziwne memento, które Zbigniew Herbert skierował sam do siebie w roku 1954, w dzień trzydziestych urodzin, potraktować jako przewidywania autora na temat dalszej przygody pisarskiej, trzeba by je uznać za wróżbę raczej niepomyślną. Artysta żyjący w cieniu swego debiutu, niepotrafiący powiedzieć nic więcej ani nic inaczej, niż powiedział raz jeden, na początku, to przypadek smutny. Na szczęście nie jest to przypadek Zbigniewa Herberta, poety, prozaika i dramatopisarza, który w ciągu czterdziestu lat swej twórczej aktywności po debiucie książkowym „powtarzał się” tylko w tym znaczeniu „powtórzenia”, jakie określił Soren Kierkegaard: „czym byłoby życie, gdyby nie było powtórzenia? Kto chciałby być tablicą, na której czas co chwila pisze inne słowa, lub nagrobkiem przeszłości? Powtórzenie jest rzeczywistością i powagą bytu. Ten, kto wybrał powtórzenie, dojrzewa w powadze”. A na innym miejscu dodaje Duńczyk: „Istnieje tylko jedno właściwe powtórzenie – powtórzenie własnej indywidualności w wyższej potędze. (…) jest to powtórzenie sensu eminentori i najgłębszy interes wolności”.

Zbigniew Herbert
Balkony

Balkony eheu nie jestem pasterzem
nie dla mnie gaj mirtowy strumień i obłoki
zostały mi balkony wygnany arkadyjczyk
patrzeć muszę na dachy jak na pełne morze
gdzie okrętów tonących skarga dymi długa
cóż mi zostało cóż krzyk mandolin
lot krótki i upadek na kamienne dno
gdzie się czeka wśród gapiów na przypływ
wieczności
oddając w zamian ziemi trochę krwi
nie tego czekałem nie to nie jest młodość
stać z głową w bandażach i ręce przyciskać
i mówić głupie serce przestrzelony ptaku
zostań tu na urwisku jest w zielonej skrzynce
groszek pachnący i kwiaty nasturcji
idzie wiatr przedwieczorny od strzyżonych ogrodów
z łupieżem na kołnierzu bryza chromy sztorm
sypie się tynk na pokład na pokład balkonu
z głową w bandażach szczątkiem liny jak
kosmykiem włosów
stoję wśród kamiennej powagi starczych żywiołów
tak zegarze tak trucizno to będzie jedyna podróż
podróż promem na drugi brzeg rzeki
nie ma tam cienia morza ani cienia wysp
są tylko cienie naszych bliskich
tak tylko podróż promem tylko prom na koniec
o balkony jaki ból żebracy śpiewają na dnie
i do ich zawodzenia przyłącza się głos
głos pojednania przed podróżą promem
– wybaczcie nie dość was kochałem
trwoniłem młodość szukając prawdziwych ogrodów
i wysp prawdziwych w grzmocie fal

Mateusz Antoniuk
/tekst ukazał się w dzienniku „rzeczpospolita” x. 2009/