Co sądzę o śpiewaniu wierszy? Wierszy patrona „Herbertiady” w szczególności? Właściwie nie sądzę nic i wcale od ponad 30 lat – tyle towarzyszą mi „Prośba” i „Do Marka Aurelego”, które to wiersze śpiewane z muzyką Jana Kantego Pawluśkiewicza zawłaszczyłem, traktując je przez całe lata, także w nieformalnych, towarzyskich sytuacjach, jako oczywistą część swojego repertuaru. A śpiewanie wierszy to

…„otwartych dłoni wielka sprawa
po strunach podróż po zabawach
ostatnie ziarno ocalenia”…

– nawet jeśli sam dostojny Autor uważał wzruszenia niesione przez muzykę za podejrzanie łatwe… Śpiewam, i wybieram piosenki, które uważam za  piękne, mądre, które zadziwiają i poruszają, w których spotykają się myśl  i emocja, piękno i sens, prawda „ja” z  prawdą „my”.

Sama „Herbertiada” – moja niedługa z Nią znajomość okazała się brzemienna w skutki. Przyjmując zaproszenie do udziału w edycji 2006 roku miałem nadzieję na powrót z moim śpiewaniem „na światło dzienne”, i ta nadzieja, choć nie od razu, pięknie się ziściła. Pierwsze spotkanie z „Herbertiadą” było zaczynem serii zdarzeń, spotkań i projektów, które sprawiły, że znów jestem aktorem śpiewającym, nie tylko „serialowym”. Odtąd zawsze, jadąc kolejny raz do Kołobrzegu, cieszę się na spotkanie z Wami, którzy z uporem i pasją
realizujecie świetny swój pomysł i Festiwal. Wymyśliliście wszystkim „Rok Zbigniewa Herberta” –  który oby trwał nieprzerwanie, ale także przywróciliście kawałek „mnie”.

Pozdrawiam serdecznie wszystkich kołobrzeskich „herbertianów” – Kasię, Jacka, Wojtka wraz z progeniturą. Ktoś – Dorota Pieńkowska chyba – porównał Lwów Herberta do Atlantydy. Mnie to porównanie łączy się także z Kołobrzegiem Waszej „Herbertiady” i Waszej „Nadziei”.