Zbigniew Herbert, kiedy tylko uchyliły się przed nim drzwi urzędów paszportowych, wybierał się w podróż. W rozmowie z Zuzanną Jastrzębską wspominał: „Miałem niewątpliwie wielkie szczęście, że mogłem podróżować, zwiedzić wiele krajów. Była to okazja do poznania środowisk, ludzi, krajobrazów, które znałem z lektury, do odkrycia tego, o czym nie wiedziałem. Było to więc zawsze aktywne działanie, a nie bierne uleganie urokom.”
Podróże były dla niego wędrówkami do dzieł sztuki, do ludzi, pejzaży, wyprawami w przeszłość i po współczesności. Przemieszczał się autobusami, pociągami, szukał tanich noclegów. Po co właściwie Herbert pokonywał paszportowe i finansowe trudności, pływał na pokładach tanich pasażerskich statków, z uporem docierał do wielkich muzeów i małych kościółków? Podróżował przede wszystkim powodowany fascynacją światem, kulturą, a także był to dla niego sposób powrotu do źródeł. Kochał zwiedzanie miast, muzeów. Był szczególnie zainteresowany kulturą śródziemnomorską, w tym zwłaszcza Grecją.

Wujek Zbyszek pierwszy raz do Grecji pojechał w 1964 r. Miał wówczas 40 lat. Był autorem 3 zbiorów wierszy: Struna światła, Hermes, pies i gwiazda, Studium przedmiotu, dramatów: Jaskinia filozofów,: Rekonstrukcja poety, zbioru esejów Barbarzyńca w ogrodzie i słuchowisk radiowych Lalek, Drugi pokój. Już wtedy Grecja była jednym z głównych tematów jego twórczości. W debiutanckiej Strunie światła znajdują się m. in. wiersze, których tytuły mówią same za siebie: Do Apollina, Do Ateny, O Troi, Przypowieść o królu Midasie, Nike, która się waha, Dedal i Ikar. W Hermesie, psie i gwieździe znajdujemy na przykład takie prozy poetyckie jak: W drodze do Delf, Ofiarowanie Ifigenii. Grecja – nie będzie stwierdzeniem przesadzonym, iż była wielką fascynacją Zbigniewa Herberta.
Wiele faktów o greckich podróżach poety możemy znaleźć w książce Magdaleny Czajkowskiej Herbert i Kochane Zwierzątka. Autorka niezwykle barwnie opisuje w niej wspólne wyprawy trójki przyjaciół Magdaleny i Zbigniewa Czajkowskich oraz Herberta do Grecji. Przedstawia miasta, ludzi, przyrodę, które w szczególny i wyjątkowy sposób utkwiły im w pamięci. W podróżach opiekowali się nimi bogowie antycznego świata: Atena, Posejdon i Hermes. Spędzili wiele godzin na Akropolu, w Mykenach, Sparcie, Olimpii, Delfach. Tak oto Magdalena Czajkowska w Kochanych Zwierzątkach wspominała: „W podróży po Grecji towarzyszył nam nie tłum uliczny, lecz wielkie postaci greckie – wielcy twórcy, mężowie stanu, bogowie i herosi. To nie Grecja, lecz Hellada. Wszystko nam się z nią kojarzyło. Smak miodu podawanego na śniadanie, specyficzny, tymiankowy, przypominał nam, że tymianek rósł na wzgórzach otaczających miasto. To tam mieszkały Muzy, towarzyszki Apolla, boga światła, prawa, rozwoju i umiaru. Tego samego, który zapomniawszy o wszystkim, co reprezentował, na podstawie stronniczego wyroku sądu obdarł ze skóry Marsjasza – śmiałka, który odważył mu się rzucić wyzwanie. Zbyszek napisał o tym wiersz Apollo i Marsjasz, w którym skoncentrował się na cierpieniu ofiary i budzącym obrzydzenie triumfie zwycięzcy (aluzja do stalinowskich sądów pokazowych). Starożytna Grecja miała niewątpliwy wpływ na twórczość Zbyszka. Zdumiewające, jak często do niej powracał, ile jest w jego wierszach odniesień do historii, mitologii czy dzieł sztuki.”

Bogatsi o wrażenia i zdobytą w czasie podróży wiedzę, przyjaciele rozstają się w Grecji. Czajkowscy pojechali do Włoch, wujek Zbyszek kontynuował swoją grecką wędrówkę, odwiedzając m. in. wyspę Mykonos, górę Athos, by z powrotem udać się do Aten.
Drugą podróż odbył znowu z Magdaleną i Zbigniewem Czajkowskimi, a także z ich córką Moniką, w roku 1973. Popłynęli jachtem po Morzu Jońskim z Aten przez Kanał Koryncki, zwiedzili Korynt, Wyspy Jońskie: Itakę i Korfu.

Trzecią wspólną wędrówkę Herbert zaplanował w 1975 r. Jednak z powodu wypadku samochodowego, tuż przed granicą jugosłowiańsko-grecką, nie spotkał się z Czajkowskimi i nie udało się zrealizować planów. Po pobycie w szpitalu w Skopje Herbert 20 czerwca dotarł do Salonik, a następnie wyruszył, jak pisał w liście do przyjaciół 11 sierpnia 1975 r., w „pielgrzymkę na Mt Athos”.
W greckich podróżach poety nie ma spraw ważnych i nieważnych. Z równym entuzjazmem opisuje Akropol, Delfy, Korynt, Sunion, Kretę, pałac w Knossos, jak pisze o zaletach kuchni greckiej. Opis kolacji, składającej się z talerza smażonych rybek, owczego sera, oliwek, pikantnej papryki, greckiej pizzy– mussaki, chleba z ziarnkami siemienia, butelki białego wina z Samos, anyżowej wódki ouzo – to nie tylko barwna opowieść, ale to także pochwała życia.
24 października 1997 r., czyli rok przed śmiercią, już ciężko chory wujek Zbyszek napisał list do Kochanych Zwierzątek: „Do Grecji zabieram się jak do dzikiego zwierza, od tyłu. Nie wiem dokładnie, ile razy byłem (5 czy 7 razy), zawsze z dużym, przeciążonym programem, bez własnego środka lokomocji, pod koniec pobytu wyczerpany. Nic dziwnego, spałem źle, jadałem nędznie byłem wyczerpany fizycznie i psychicznie. Wszyscy moi wrogowie – a jest ich legion – sądzą, że przesuwałem się z hotelu z 5 gwiazdkami do analogicznego, otoczony przez nimfy czy inne wilgotne paskudztwa – nic nie rozumieją z mojej formuły podróży jako zapasów ze światem. Wydaje mi się, że Grecja sprawdziła się w sumie.”
Tak, Grecja dla Herberta była wyjątkowo ważna. Już perspektywa zbliżającej się podróży do tego kraju (1964 r.) wywoływała u poety uczucie niepokoju. Wyraźnie obawiał się konfrontacji swoich wieloletnich marzeń z rzeczywistością. „Boję się trochę tego zetknięcia z cudem greckim. Nie wiem, czy nie lepiej mieć kraje zaludnione tylko przez wyobraźnię. I ta nie odpowiadająca mojej naturze kondycja turysty, która ślizga się po rzeczywistości jak kropla wody po szybie” – pisał Zbigniew Herbert do Czesława Miłosza 6 września 1964 r. z portu Brindisi, skąd miał wyruszyć w rejs do Pireusu.

Swoje wędrówki greckie Herbert opisał w Labiryncie nad morzem i Diariuszu greckim. W Grecji wujek Zbyszek odwiedził Ateny, Delfy, Korynt, Mykeny, Spartę, Olimpię, Sunion, poznał też ważne miasta tradycji bizantyjskiej, takie jak Saloniki, Mistrę, klasztory w Meteorze, górę Athos. Pływał jachtem po Morzu Jońskim, przebywał na Korfu, Itace, Mykonos, Delos. Ale najbardziej fascynująca dla niego była Kreta.
Pałacem w Knossos i znajdującymi się w muzeum w Heraklionie malowidłami (Delfiny, Niebieski Ptak, Paryżanka, Tauromachia, Chłopak zbierający szafran) był rozczarowany. Tak pisał w Diariuszu greckim: „Nie mogę przekonać się do fresków znajdujących się w muzeum w Heraklionie: ani do Księcia wśród lilii, ani do Delfinów. Nie wywołują we mnie żadnego wzruszenia, a przeciwnie, odpychają. Odetchnąłem z ulgą, gdy stwierdziłem, że nie są to oryginały, nie kopie nawet. Części autentyczne wielkich fresków są bez mała wielkości pocztówki. Wydobyte oryginały rozsypywały się prawie natychmiast w proch i towarzyszący Evansowi malarz, który był jego asystentem, malował to, co wydawało mu się, że widział. Myślę, że jest to jedno z grubszych fałszerstw w historii sztuki. Mały fresk, który w interpretacji Evansa miał być małpą wśród szafranów, przy bliższej analizie okazał się chłopcem kradnącym kwiaty w królewskim ogrodzie.” Większe wrażenie robią na podróżniku figurki z brązu, gliny i fajansu, dysk z Fajstos, a także posąg Wielkiej Matki. Na Krecie, w muzeum w Heraklionie spotyka sarkofag z Hagia Triada. Sarkofag ten, jak sam napisał w Diariuszu greckim „jest absolutnym arcydziełem. […] Jest to jedno z moich największych greckich przeżyć.” Herbert spędził przed nim wiele godzin, sporządził jego szczegółowy opis, który znaleźć możemy w Labiryncie nad morzem: długi na 140 centymetrów, zrobiony z kamienia wapiennego, szary, jego kolory: ugry, błękitny, czerwień, szmaragdowa zieleń, piaskowa żółć świecą blaskiem stłumionym i szlachetnym. Sarkofag jest nie tylko arcydziełem, ale jedyną ocalałą minojską Księgą Zmarłych – dokładnym przedstawieniem rytuału; ma zatem również wartość dokumentu plastycznego, zapisu starej tradycji. Odnajdujemy tu także bez trudu wszystkie symbole religii minojskiej: topór o podwójnym ostrzu, ów labrys, od którego pochodzi nazwa labiryntu, stylizowane rogi byka, zwane rogami wotywnymi, drzewa i ptaki, których znaczenie symboliczne nie ulega wątpliwości, a także instrumenty muzyczne – strunowe, towarzyszące bezkrwawej libacji, i dęte – przypisane ofierze ze zwierząt. Cała kompozycja wydaje się być poddana ścisłym regułom sformalizowanej liturgii.”
„Wysoko w górze – on.” – wspomina wujek Zbyszek w uniesieniu, docierając do Aten, na Akropol. Podróżnik przybył do miasta nie samolotem, lecz na pokładzie statku zawijającego do portu w Pireusie. W tej samej chwili spotkało go rozczarowanie, bowiem Aten stąd wcale nie widać. A przecież przybył tutaj po to, żeby obejrzeć Akropol. Z portu do Aten pojechał autobusem, usiadł przezornie po prawej stronie: „Rząd domów, magazynów, niechlujnych składów i sklepów przykrytych białym pyłem. I nagle nad wąską uliczką, zupełnie niespodziewanie” ujrzał Akropol w pełnej krasie. A kiedy poeta znalazł się na ateńskim wzgórzu, podziw zmieszał się z litością. Litość nad kruchością Akropolu, którego nie oszczędziła fala wojen i oblężeń. A jednocześnie i radość, którą tak oto wspomina: „udało mi się jeszcze zdążyć, zanim on i ja podzielimy los wszystkich tworów ludzkich na ciemnym przylądku czasu, przed niewiadomą przyszłością”. Herbert niezwykle dokładnie i barwnie opisuje Akropol, dorycki Partenon, joński Erechtejon, Pinakotekę – „puste dziś muzeum malarstwa greckiego, którego całkowita utrata skazuje nas na domysły i fantazje”- oraz jońską świątynię Ateny Nike. „Nigdy nie przestawałem wierzyć, że Akropol istnieje realnie i spotkanie twarzą w twarz nie było wcale konieczne dla umocnienia tej wiary. Akropol był cudem rzeczywistym. Nie wodził zmysłów na pokuszenie, nie obiecywał, że będzie czymś więcej niż jest. Spełniał się cały, był równy samemu sobie” – wyznał wujek Zbyszek. Stojąc na Akropolu, podróżnik czuł się posłem tych wszystkich, „którym nie dane było dzielić z nami radości płynącej z przeżywania rzeczy pięknych”, i odprawia tu polskie dziady, przywołuje dusze zmarłych, użala się nad ich losem, współczuje, że „odebrana im została niewyczerpana wspaniałość świata”, i sypie „ziarna maku na zapomniane groby”. Jakże osobiste i przejmujące jest wyznanie poety: „ I jak przystało na delegata czy posła, zapomnieć o sobie, wysilić całą swoją wrażliwość i zdolność rozumienia, aby Akropol, katedry, Mona Liza powtórzyły się we mnie, na miarę oczywiście mego ograniczonego umysłu i serca. I żebym to, co z nich pojąłem, potrafił przekazać innym”.
Dalsza podróż wiedzie poetę przez wieś Psychro, która znajduje się u stóp jednej z najwyższych gór Krety – Dikte. To tutaj podążał wujek Zbyszek za przewodnikiem, który prowadził go do groty, w której według jednej z legend miał urodzić się Zeus.
Celem wędrówki Herberta jest także Epidauros. To tutaj, jak wspomina poeta w Labiryncie nad morzem dotarł do „najpiękniejszego teatru antycznego świata. Jego bezpośrednie sąsiedztwo ze świątynią Asklepiosa zdaje się świadczyć o leczniczej roli dramatu greckiego”. Nawet ośmiuset chorych jednocześnie przebywało w Epidaurze. Najważniejszym zabiegiem leczniczym Asklepiosa była inkubacja – oczekiwanie na sen- „w czasie której bóg wchodził w bezpośredni kontakt z pacjentem. Słuszne wydaje się przypuszczenie, że terapia uśmiechniętego Asklepiosa polegała na rozsądnym – niemającym nic wspólnego z magią – połączeniu dietetyki i higieny. Bóg zalecał chronić głowę przed słońcem, pić mleko z miodem w celach przeczyszczających, chodzić na spacery, dbać o czystość ciała” – pisał wędrowiec.
Szlak podróży prowadzi Herberta tym razem do Myken i znajdującego się tutaj grobu Agamemnona. Opowiadając o Mykenach wspomina krwawe i dramatyczne podboje dokonywane przez Achajów na Półwyspie Peloponeskim, na Krecie, a także o mykeńskim złocie, „szeleszczących naszyjnikach ze złotych liści”, opisuje krajobraz: „urwiste wąwozy oddzielają fortecę od sąsiednich nagich stoków”. A „kiedy się zmierzcha, najlepiej usiąść przy drodze prowadzącej do grobu Agamemnona ( kamienny ul z ciosanego kamienia) i raz jeszcze rzucić okiem na cyklopowe mury i spiętrzone ruiny Myken” – radzi poeta.
Niedaleko Aten, w kierunku przylądka Sunion Herbert zatrzymuje się w jednym z najstarszych sanktuariów Attyki – Brauron. Tutaj ogląda świątynie Artemidy i Ifigenii oraz w miejscowości Pikermia cmentarzysko zwierząt.
Dalej zmierza ku Delfom, „duchowej stolicy Grecji”. W „ Labiryncie nad morzem opowiada o delfickiej wyroczni: „Pytanie wyroczni odbywało się w części świątyni zwanej adyton (miejsce, do którego nie ma dostępu). Osoby konsultujące oczyszczały się w Źródle Kastalskim, składały przepisaną opłatę oraz asystowały przy ofierze. Jeśli ofiara okazywała się pomyślna, wchodzono do adytonu. Pytia, niewidoczna za zasłoną, udzielała odpowiedzi na stawiane pytania”. W muzeum w Delfach, o którym wspomina w Diariuszu greckim, zachwyciły go posągi kurosów Kleobisa i Bitona.
Podróżnik dalej zatrzymuje się w Sparcie, która, jak mówi, „nie dostarcza prawie żadnych (właściwie żadnych) przeżyć estetycznych. Resztki żałosnych ruin, pochodzących zresztą z późniejszych czasów, są bez śladu wielkości i piękna”.
Olimpię Herbert opisuje jako miejsce płaskie, mocno zadrzewione, z łagodnym, zielonym światłem, zaś sam stadion przypomina mu raczej łąkę. Poeta przypomina nam, czym w Olimpii były igrzyska. Były „konkursem albo lepiej walką, która stanowiła jeden z istotnych elementów cywilizacji greckiej. Z walki miał się wyłonić nie taki sobie dobry i taki sobie dzielny człowiek, ale najlepszy – bohater. Była zatem Olimpia szkołą energii i pokazem wzorców osobowych”.
W swojej wędrówce greckiej Herbert odwiedził także wyspę Delos. To tutaj według mitologii greckiej Latona urodziła Artemidę i Apolla, klęcząc i obejmując pień świętej palmy (prymitywna technika połogu) przez dziewięć dni i dziewięć nocy. Zwiedzając wyspę podziwia znajdujące się na niej pamiątki: „Ogromny tors Apollona, zespół pięknych kor i słynny taras lwów” wyrzeźbionych przez artystów z Naksos, znających zapewne lwy tylko z opowiadań.
W eseju Sprawa Samos opowiada o krajobrazie wyspy, a także współczuje Samijczykom, rozbitym i poskromionym przez armię ateńską dowodzoną przez Sofoklesa. Na wyspie nie był. Ale w eseju nie mógł nie wyrazić swojego żalu dla pokonanych ludzi z Samos. Poeta współczuje także Etruskom, „wchłoniętym i strawionym” przez cesarstwo rzymskie. Poeta uważa za swój moralny obowiązek być z tymi, którzy przegrali. W Labiryncie nad morzem w sposób niezwykle wzruszający wyznał: „Nie ma innej drogi do świata, jak tylko droga współczucia”.

Podróżowanie dla Zbigniewa Herberta było nie turystyką, lecz, jak sam to określał – „zmaganiem się ze światem”. W wierszu Modlitwa Pana Cogito – podróżnika poeta dziękuje Bogu za to, że został uwiedziony przez niego pięknem świata i za możność podróżowania wśród nowych pejzaży i ludzi. „Codzienną udrękę” zostawia się wtedy i szybko o niej zapomina. Po Grecji autor Diariusza greckiego podróżował w szczególnych czasach, kiedy takie wyjazdy były utrudnione. Ale udało mu się odwiedzić wiele wspaniałych miejsc, tak ważnych dla greckiej kultury. Potrafił także zachwycić się mało znanymi wioskami, krajobrazem, kuchnią grecką. Tam, gdzie przebywał, spotykał prostych ludzi w tanich hotelach, miejscach noclegu. „Ja kocham ludzi” – wspominała rozmowę z Herbertem Magdalena Czajkowska w Kochanych Zwierzątkach. Wszystko, co widział – opisywał lub rysował, co w przypadku poety było równie ważnym sposobem utrwalania widzianego świata. Czytając Labirynt nad morzem i Diariusz grecki przyglądamy się Grecji oczami poety: antycznej kulturze, przeciętnym ludziom i małym miasteczkom, nieodznaczającym się niczym szczególnym. Mam nadzieję, że to, co tu napisałam, przybliży czytelnikom podróż poety po Grecji. I powtórzę za wujkiem Zbyszkiem: „Chciałam opisać”…
Beata Lechnio
Bibliografia:
Zbigniew. Herbert, Labirynt nad morzem, Zeszyty Literackie
Zbigniew Herbert, Mistrz z Delft (Diariusz grecki), Zeszyty Literackie
Herbert i „Kochane Zwierzątka”, zebrała Magdalena Czajkowska, Rosner i Wspólnicy
Maria Kalinowska, Sypałem ziarna maku…
Podróż grecka Zbigniewa Herberta, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego
Janusz Drzewucki, Akropol i cebula. O Zbigniewie Herbercie, TIKKUN