W lipcu 1998 roku w „TS”, na stronach poświęconych kulturze, w rubryce „Zbigniew Herbert poleca”, ukazała się recenzja książki Witolda Kieżuna „Niezapomniane twarze”. Była to ostatnia publikacja poety za jego życia.

W 1949 roku wyjechałem z kraju. W samą porę, by nie spędzić paru lat w więzieniu. Wszyscy moi koledzy siedzieli po parę lat za AK – jak się wówczas mówiło. Wiele lat pracowałem jako ekspert ONZ, wykładałem na uniwersytetach w różnych krajach. Zawsze miałem zainteresowania literackie, ale zajmuję się problematyką naukową z dziedziny ekonomii i zarządzania. W Afryce, z dala od kraju, więc czynnik nostalgii też odegrał swoją rolę, zacząłem w wolnych chwilach nagrywać coś w rodzaju nowel wspomnieniowych.

Notatki Teofila

To są wspomnienia autobiograficzne, ale narratorem jest niejaki Teofil, notujący swoje przeżycia, perypetie życiowe, refleksje. Przedstawia całą galerię niezapomnianych ludzi, których spotkałem w swoim życiu w okresie przedwojennym, podczas wojny, w czasie uwięzienia i zesłania. Niejednokrotnie w kręgu znajomych słuchaliśmy tych nagrań. Wszystkim się podobały. Namawiano mnie, żebym je spisał. Nigdy nie miałem dość czasu. Wiedziałem jednak, że powinienem zostawić jakiś ślad po tych wspaniałych ludziach, jakich spotkałem w trudnych czasach wojny i okupacji. W tym przekonaniu utwierdzał mnie również Jerzy Giedroyc, który słuchał tych nagrań. Sugerował publikację książkową.

Ostatecznie tomik nowel wspomnieniowych, zatytułowany „Niezapomniane twarze” ukazał się w 1996 roku. Promocja miała miejsce w warszawskim Klubie Księgarza. Książka szybko się rozeszła. Zamierzam uzupełnić ją i wydać ponownie, zamieszczając recenzję Herberta.

Ostatnie widzenia

Podczas krótkiego pobytu w kraju, związanego z finalizowaniem wydania książki, uczestniczyłem w dyskusji radiowej na temat reformy administracyjnej. Przekonywałem o niepotrzebności powiatów, piętnowałem korupcję. Przypadkiem Herbert słuchał wówczas radia. Postanowił mnie odszukać. Zwrócił się do redaktora „TS” Gelberga, żeby pomógł mnie znaleźć. Ten przekazał mi adres Herberta oraz informację, że koniecznie chciałby zobaczyć się ze mną.

Podczas kolejnej bytności w kraju, odwiedziłem go w domu. Był już wtedy w ciężkim stanie. Leżał na jednym boku, nie mógł wstawać. To był właściwie jego monolog. Opowiadał mi o całym swoim życiu. Szybko minęło parę godzin. Był szalenie ciekaw moich kolei losów. Opowiadałem. Nie widzieliśmy się prawie pół wieku.

Pochwaliłem się swoją książką. Dałem mu ją podczas następnej wizyty. Niebawem zatelefonował – musi koniecznie zobaczyć się ze mną. Przyznał, że moje nowele zrobiły na nim wielkie wrażenie. I znów opowieści, jakby chciał zrelacjonować upływ czasu od naszego rozstania. Poza tym, chce wyjechać do Wenecji, w czym upatruje jedyną szansę swego uzdrowienia. Prosił, żebym poleciał razem z nim. Wiedziałem, że te plany podróży są raczej marzeniami, bo jakikolwiek wyjazd był już niemożliwy. Przykuty do łóżka, musiał co jakiś czas korzystać z maski tlenowej. Miał jeszcze przed sobą parę tygodni życia.

To był uczciwy człowiek. Ci uznani za wielkich pisali stalinowskie panegiryki, choćby Szymborska. Przecież nie działali pod przymusem. Oportunizm i zaprzaństwo – nie wiem skąd takie odrażające cechy charakteru. Wszyscy ulegli zniewoleniu. Jeden Herbert zachował swoją zdecydowanie antystalinowską i antykomunistyczną postawę.

W Krakowie

W latach 1946-1949 studiowaliśmy prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jakoś przypadliśmy sobie do gustu. On wówczas już pisał. Ja próbowałem notować swoje refleksje. Nie ukrywałem, że mam ambicje literackie. Podczas pobytu w obozie w Związku Sowieckim układałem wiersze. Wszystko w głowie, bo więźniowie nie mogli ani pisać, ani posiadać przyborów do pisania. Niektóre zapamiętałem. Jeden z nich kończył się optymistycznie: Wyjdziesz wtedy, wierzący i pewny, że jednak, jednak gdzieś tu mieszka Bóg – co podnosiło na duchu moich obozowych kolegów.

Nasza przyjaźń nie trwała długo. Raptem trzy lata. Odczuwaliśmy jednak jakąś daleko idącą bliskość – zarówno poglądów, jak i podejścia do świata. Poza wszystkim młodzieńcze próby literackie łączyły nas w sposób niejako naturalny. Spotykaliśmy się wieczorami przy lampce wina, w gronie sympatyków literatury. Recytowaliśmy co dopiero napisane wiersze. Improwizowaliśmy. Dyskutowaliśmy do upadłego. Nie spodziewałem się, że z niego wyrośnie taki wspaniały twórca. Przecież jemu należała się Nagroda Nobla.

W środowisku rychło rozeszła się wiadomość, że wróciłem z nieludzkiej ziemi, że walczyłem w Powstaniu, potem uciekłem z niewoli niemieckiej, działałem w podziemiu, aż złapało mnie NKWD. W obozie na pustyni Kara-Kum zamknięto nas razem z gestapowcami. W potwornym upale ludzie masowo umierali z pragnienia. Do picia była woda z Morza Kaspijskiego. Obóz zlikwidowano, przewożąc nas do Uzbekistanu. W 1946 sowieci ogłosili amnestię. Odstawili nas do Brześcia i wydali UB. Z obozu pracy ministerstwa bezpieczeństwa w Złotowie uwolniła mnie matka, ujawniając moją przeszłość AK-owską komisji ujawnień pułkownika „Radosława” Mazurkiewicza. Byłem więc postacią, nieco niezwykłą, otoczoną pewnym mirem. To zbliżało nas do siebie. Herbert był szalenie ciekaw tej mojej historii. Z wielką sympatią odnosił się do AK. Zwykle przedstawiał nas – my AK-owcy. Wydaje się, że byłem dla niego taką postacią-symbolem wojownika, więźnia, zesłańca.

Recenzja

Potem życie rozdzieliło nas na długie dziesięciolecia. Te parę spotkań przed jego śmiercią, było równie wyjątkowe, jak niegdysiejsza młodzieńcza przyjaźń. Nie byłem na jego pogrzebie. Gdy później przyjechałem z Kanady do kraju na kilka wykładów, jeden z profesorów powiedział do mnie : „Proszę pana, w opublikowano wspaniałą recenzję pańskiej książki”. To była wielka niespodzianka, a zarazem wielka satysfakcja. Nie myślałem, że Zbigniew Herbert zechce coś napisać.

Pozwolę sobie zacytować fragmenty recenzji, która jest dla mnie wzruszającym darem przyjaciela. Pisał tak:

„(…) tylko uważnej i delikatnej przyjaźni mego kolegi z czasów uniwersyteckich zawdzięczam, że jego książka dotarła do moich rąk. Zdaję sobie sprawę z cudowności tego zdarzenia, gdyż w ciemnych kuźniach wojny, wszystko usiłowało rozerwać nasze związki. Leży przede mną książka znakomita i chyba całkowicie zignorowana przez polską krytykę. Sto kilkadziesiąt stron olśniewająco czystej, eleganckiej, sprawnej polskiej prozy nie znalazło uznania w oczach aptekarzy i trucicieli naszej literatury.”

I dalej :

„Z Kieżunem łączy mnie nierozerwalnie prawie wszystko – bo i pasja młodości, i naukowe zacięcie, i precyzja obserwacji, wreszcie spokojna ekspresja tej wiernej rzeki słów. Powiedzcie, czy nie jest to doprawdy wszystko, albo prawie wszystko?”

(„Tygodnik Solidarność” nr 30/2004)