XII „Herbertiada” – Zapiski słowożercy

Środa, 14 IX 2011 r.

Kołobrzeg, Zespół Szkół Społecznych im. Zbigniewa Herberta, edukacyjny wstęp do Herbertiady: warsztaty recytatorskie, przeprowadzone przez Jolantę Deszcz-Pudzianowską i Lidię Sycz, aktorki z Lublina i Warszawy. Ponieważ wielu recytatorów biorących udział w konkursowych zmaganiach ma przybyć dopiero jutro, do warsztatów zostali zaproszeni licealiści ze „społeczniaka”. W dwóch salach intensywne zajęcia ze scenicznego alfabetu: ciało – oddech – głos – słowo – emocje… Wreszcie, na koniec, indywidualna praca z konkursowymi tekstami.

Czwartek, 15 IX

Do grona uczestników warsztatów dołączają kolejni recytatorzy, między innymi ze Lwowa – uczniowie polskiej Szkoły Średniej im. świętej Marii Magdaleny, obecnej na Herbertiadzie dzięki zaangażowaniu Fundacji Pomocy Polakom na Wschodzie. Niektórzy spośród recytatorów skarżą się na zakwasy po wczorajszych warsztatach. Aż tak wyczerpujące okazują się zmagania z poezją?

Piątek, 16 IX

Dwunasta edycja konkursu recytatorskiego po raz pierwszy odbyła się nie na skrzypiącej i pełnej duchów scenie kina Piast, lecz w nowoczesnej małej sali teatralnej Regionalnego Centrum Kultury imienia – a jakże – Zbigniewa Herberta. Recytowało 26 konkursowiczów z Pomorza Zachodniego i Środkowego oraz (troje) ze Lwowa. Młodzi wykonawcy poszukali materiału u źródeł bardzo rozmaitych – od kanonicznych tomów autorskich do Podwójnego oddechu opublikowanego przez Halinę Misiołek oraz pośmiertnie wydanych tekstów z tomu Bajki. Usłyszeliśmy poezję, prozę poetycką, a także piękny i mądry List do studentów PWST. Temperatura obrad Jury (była wysoka; po licznych perorach, okrzykach, votach separatach i głosowaniach ustalono wynik: Grand Prix zdobył lwowianin Artur Łucyk, który z siłą kruszącego mury taranu wydeklamował Przesłanie Pana Cogito, pierwszą nagrodę przyznano Joannie Cieśluk ze Szczecina, prezentującej profesjonalny sceniczny warsztat podczas recytacji Białego kamienia, drugą – Marii Czaplewskiej z Kołobrzegu za pełne emocji wystąpienie z trudnym wierszem Pan Cogito – zapiski z martwego domu i trzecią – Annie Piotrowskiej z Nowogardu za wygłoszoną ze swadą opowieść o Narcyzie i nimfie Echo.

W kuluarach główny sponsor Herbertiady – Fundacja Banku Zachodniego WBK – reklamował finansowaną przez siebie filmową produkcję: 1920. Bitwa warszawska. Na ścianach holu wystawa zdjęć z filmowego planu.

Wieczorem na dużej scenie RCK publiczność została uraczona daniem niezwykłym. Organizatorzy Herbertiady otworzyli cykl „Mistrzowie Mistrza”, zapraszając do Kołobrzegu Teatr Dramatyczny z Białegostoku z inscenizacją Beniowskiego (jako że Słowacki bez wątpienia Mistrzem Herberta był). Spektakl w reżyserii Krzysztofa Kopki eksponował główny wątek romantycznego poematu – zamysł to cenny, jeśli zważymy, że szkolne analizy tego arcydzieła, jednego z największych w polskiej literaturze, skupiają się głównie, jeśli nie wyłącznie, na licznych zawartych w nim dygresjach (zwłaszcza na tej ostatniej, w której drugi wieszcz dołożył pierwszemu, obwieszczając swoje za grobem zwycięstwo i grożąc, że trupa będzie włóczył). Dwoje aktorów: Bernard Maciej Bania i rewelacyjna Aleksandra Maj, ze szlachecką fantazją i akrobatyczną (dosłownie!) zręcznością wciągnęli widzów w fabułę śmieszną i straszną, w której groza i horror mieszały się z awanturą i romansem, a sarmacka dosadność z najczystszą poezją.

Sobota, 17 IX

Dziś danie główne tegorocznej Herbertiady. Do głównego sponsora przeglądu czyli Fundacji Banku Zachodniego WBK dołącza Kasa Stefczyka, która w holu RCK znajduje miejsce na swoją promocję (serdecznie dziękujemy obu instytucjom za obecność na „Herbertiadzie”).

Trzyczęściowy koncert galowy, poprowadzony przez Przemysława Tejkowskiego, który zaprosiwszy na scenę przedstawicieli lokalnych władz, odczytał nadesłane na ręce Katarzyny Pechman (pomysłodawczyni i dyrektora artystycznego „Herbertiady”) listy od honorowych patronów całego przedsięwzięcia: oficjalne pozdrowienia ministra Bohdana Zdrojewskiego, ciepłe życzenia od Haliny Herbert-Żebrowskiej oraz staropolską epistołę od Rafała Żebrowskiego. Przed spektaklami na scenie pojawił się jeszcze jeden gość: Jarosław Kaczyński, który przejazdem będąc, zabawił chwilę w Kołobrzegu. Przemysław Tejkowski przypomniał kilka faktów świadczących o związku prezesa PiSu ze środowiskiem herbertowskim (m.in. jego współudział w ratowaniu archiwum Herberta czy poparcie dla ogłoszenia Roku Herberta). Jarosław Kaczyński ze sceny RCK powiedział kilka zdań o znaczeniu twórczości autora Pana Cogito, o jego etycznym i estetycznym radykalizmie, o tym, że jego dorobek przyczynił się do odbudowy w Polakach poczucia siły i przywiązania do wartości.

Pierwszą część koncertu galowego stanowiły występy laureatów piątkowego konkursu. Anna Piotrowska nie dojechała, za to, prócz trojga pozostałych laureatów, na scenie pojawiła się Estera Kraczkowska, która wiosną tego roku, jako uczennica z podkołobrzeskiego Gościna, wygrała Małą Herbertiadę – konkurs recytatorski dla gimnazjalistów. Estera powiedziała obszerne fragmenty Gry Pana Cogito.

Część drugą stanowił monodram Raport 2011 rok. Poezja Zbigniewa Herberta w wykonaniu Mirosława Konarowskiego z Teatru Narodowego w Warszawie. Aktorowi towarzyszyło troje muzyków: Dorota Wasilewska, Dariusz Wasilewski i Marek Walawender, których granie to żywa, integralna część poetyckiego spektaklu. Muzyka nie była tu przerywnikiem ni tłem, dźwięki fortepianu i dwóch gitar wchodziły w dialog, dyskurs, czasem spór z tekstem, pozwalając wyeksponować to, co czasem (bardzo niesłusznie) bywa w poezji Herberta niezauważane: siłę emocji – całego spektrum żywych ludzkich uczuć: zdziwienia i gniewu, czułości i wstrętu, zapału i rozpaczy. Nie udałoby się to bez wyrazistej scenicznej kreacji Mirosława Konarowskiego, który Herberta czyta bardzo osobiście i – co zauważyłem już dwie edycje Herbertiady temu – bardzo „inaczej”, zmuszając kołobrzeską, bardzo już z Herbertem obeznaną publiczność do spojrzenia na nowo na twórczość Księcia Poetów, dostrzeżenia innego jej wymiaru. Nie wszyscy może dali się warszawskiemu aktorowi przekonać (zwłaszcza herbertowscy „puryści”, zbyt może czuli na każdą ingerencję w tekst i każde tekstowe potknięcie), ale ja – tak, jak najbardziej, kłaniam nisko.

Po krótkiej przerwie część trzecia – spektakl Żegnaj książę Teatru im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim. Również ta inscenizacja okazała się czymś nowym, czego jeszcze na Herbertiadzie nie widziano, a to dlatego, że tekst sztuki nie był tekstem Herberta, lecz tekstem o Herbercie (a napisała go Iwona Kusiak). Treść sztuki nawiązywała do biograficznego epizodu z życia autora Jaskini filozofów, który na przełomie 1965 i 66 roku był kierownikiem literackim gorzowskiego teatru. Intencją twórców spektaklu, reżyserowanego przez Rafała Matusza, bynajmniej nie było ukazanie realistycznych scenek z życia Poety. Fabuła w symultaniczny sposób rozgrywała biografie równoległe – zrealizowane i niezrealizowane wersje życiorysu, coś jakby „Domysły na temat Herberta”, testujące możliwe skutki jego różnych, mniej lub bardziej prawdopodobnych decyzji, dotyczących twórczości i spraw osobistych, kariery i politycznych wyborów. W ten sposób, w przedstawieniu precyzyjnie zbudowanym i sprawnie zagranym przez sześcioro aktorów (Teresa Lisowska-Gałła, Karolina Miłkowska, Michał Anioł, Cezary Żołyński, Beata Chorążykiewicz, Jan Mierzyński) postać głównego Bohatera nabrała waloru metafory, ukazującej rozdarcie artysty, wywołane zarówno wewnętrznym pęknięciem, „jaskółczym niepokojem”, jak i skrzeczącą rzeczywistością, stawiającą artystyczny talent przed nieuchronnie bolesnymi decyzjami. Spektaklowi towarzyszyła muzyka Adama Bałdycha, wzmagająca nastrój tej niepokojącej, dającej do myślenia sztuki.

Niedziela, 18 IX

Sobotnia „galówka” zamknęła artystyczne przedsięwzięcia tegorocznej Herbertiady. Ostatnim aktem kołobrzeskiego świętowania poezji było dzisiejsze spotkanie w sali koncertowej Ratusza, podczas którego wykład wygłosiła dr Lucyna Kulińska z Krakowa, od dwunastu lat (czyli tak długo, jak trwa Herbertiada!) zajmująca się tematyką Kresów, w tym zwłaszcza zbrodniami nacjonalistów ukraińskich i losami ich ofiar. Temat ten, o którym oficjalna historiografia milczy lub wypowiada się ledwie półgębkiem, domaga się pamięci i uwagi, o co żarliwie zabiega bohaterka dzisiejszego spotkania. Publiczność obecna na spotkaniu nie chciała dr Kulińskiej wypuścić, dzieląc się przemyśleniami, emocjami i (bo wielu kołobrzeżan z Kresów pochodzi) bolesnymi wspomnieniami.

Tak oto kończy się dwunasta edycja Herbertiady. Pora zaczynać odliczanie przed edycją trzynastą!(ww)

Fot. Jerzy Błażyński

Poniżej prezentujemy specjalny List Rafała Żebrowskiego, siostrzeńca Zbigniewa Herberta, jaki został odczytany na XII „Herbertiadzie”:

Wielce mili i bliscy memu sercu jesienni Herbertiadowicze,
jeśli bowiem pośród wszystkich ludów i plemion da się wyróżnić taki klan, to bez wątpienia jest mi z nim w szczególny sposób „po drodze”, a tuszę, iż i mój świętej pamięci Wuj, siedząc gdzieś na pierzastej chmurce i trącając struny liry, nie raz spojrzy w tę stronę we wrześniowe dni. Chciałoby się wręcz rzec za Boskim Julem: Byłem z Wami, kochałem i cierpiałem z Wami… Jednak to ostatnie sformułowanie skrzeczy fałszem, wyjąwszy – rzecz jasna – duchoty i tłok panujący w kinie Piast, dzielnie nawiązującym warunkami materialnymi do początków naszej państwowości, ale przecież takie drobiazgi i fanaberie nie mogą przesłonić istotnej treści Naszego – a tak Naszego – festiwalu. Jest to bowiem dzieło zbiorowe, stworzone przez grono wytrawnych przyjaciół (skojarzenie z zacnym trunkiem całkiem nieprzypadkowe), kołobrzeskich „herbertystów”, wspieranych przez legię cudoziemską dobrej woli i takichż talentów, a klanowi temu – jak przystało na imprezę cieszącą się wcale długą i bogatą w zdarzenia historią – przewodzi p. Katarzyna Pechman, co stanowi twórcze nawiązanie do teorii mówiącej, iż źródła naszej cywilizacji biją w matriarchacie. Jest to – zda mi się – w pełni słuszne i zbawienne, ale też na nic zdałyby się wszystkie wysiłki, gdyby nie było owej szczególnej kołobrzeskiej publiczności, tak bardzo wrażliwej na słowo największego współczesnego polskiego poety.

Kasiu, szanowni Organizatorzy, drodzy Państwo,

od kiedy po raz pierwszy mnie zaprosiliście do siebie stawałem między Wami, a poniekąd z czasem i całkiem niezasłużenie miałem poczucie, że jako stary przyjaciel ja również winienem na się wziąć część honorów domu i reprezentować je wobec nowych gości. Jednak już drugi rok mnie między Wami zabraknie. Nie da się ukryć, że wiele okoliczności się sprzysięgło, by się tak stało, a ubolewam nad tym wielce. W istocie nawet nie byłem pewny, czy dożyję tej chwili, kiedy będziecie się gromadzić wokół „ognia, który myśli” zamkniętego w herbertowskiej strofie. Tak się składa, że od jakiegoś czasu lato jest dla mnie najpracowitszą porą roku, ale w tym zostałem zmuszony do skrajnej przesady, to jest do skończenia równocześnie dwóch książek o łącznej objętości grubo przeszło półtora tysiąca stron, w tym jednej poświęconej genealogii i stosunkom familijnym Herbertów, noszącej tytuł Zbigniew Herbert, kamień na którym mnie urodzono (do księgarń powinna trafić późną jesienią za sprawą walczącej o byt oficyny PIW, albowiem rycerską jest rzeczą wspierać ubogich i potrzebujących). Niektórzy z Was może pamiętają moje spotkanie z kołobrzeską publicznością poświęcone tej problematyce sprzed lat kilku. Mam nadzieję, że i owo dzieło ich nie zawiedzie, tym bardziej, że starania o jego wydanie zajęły czas, w którym niezłe winko zdążyło by dojrzeć.

Nie bez kozery w tych ostatnich słowach nawiązuję do wątku dionizyjskiego, bowiem wbrew dzisiejszym okropnym nowo-modom i pseudo-poprawnościom źródła sztuki są wieczne, a w naszym kręgu cywilizacyjnym biją one w starej Grecji, więc na koniec niech Wam patronuje Dionizos, co płynie przez może czerwone jak wino. Ostańcie w boskim niepokoju!