XIII „Herbertiada” – Czy można tańczyć Herberta?

Miesiąc po Herbertiadzie autor niniejszego tekstu nawiedził Wałcz, gdzie w jednym z najstarszych konkursów sztuki słowa zmagali się recytatorzy z całej Polski. Nie sposób było nie zauważyć, jak często zachodniopomorscy adepci sztuki mówienia poezji sięgają po teksty Herberta. Recytatorscy instruktorzy zgodzili się, że jedną z tego przyczyn jest wpływ trzynastoletniej obecności kołobrzeskiego Przeglądu na popularność utworów Księcia Poetów wśród zachodniopomorskich czytelników. W ten sposób Herbertiada spełnia swój cel i potwierdza swój sens.

Herbertiada jak zawsze zaczęła się u Herberta – to znaczy w murach Zespołu Szkół Społecznych im. Zbigniewa Herberta w Kołobrzegu. Środowe i czwartkowe warsztaty dały w kość recytatorom, a nie oszczędzała się także prowadząca warsztaty Jolanta Deszcz-Pudzianowska z Teatru Osterwy w Lublinie. Warsztaty przygotowały zachodniopomorskich licealistów do piątkowego konkursu.

W piątek Herbertiada przeniosła się do kołobrzeskiego Regionalnego Centrum Kultury, noszącego imię – a jakże – Zbigniewa Herberta. Zmagania konkursowe poprzedził premierowy spektakl „Ostatnie tango z Herbertem” w wykonaniu (i reżyserii) rzeszowskiego aktora Przemysława Tejkowskiego. Początek i koniec spektaklu to „Raport z oblężonego Miasta” i „Przesłanie Pana Cogito”. Wewnątrz tej ramy – prawdziwe życie, co się kanonom wymyka, choć czyni z nich punkt odniesienia, cel i kryterium własnego sensu. Bohater spektaklu doświadcza arcyludzkich wahań i słabości, które czynią go kimś przejmująco prawdziwym. Zaletą przedstawienia było to, że Przemysław Tejkowski pogodził żywioł teatru z żywiołem poezji: z jednej strony wykreował wyrazistą postać – wyrzutka, wędrowca, filozofa – z drugiej pozwolił przemówić poezji, której teatrem nie zasłonił, przeciwnie – udzielił głosu Poecie, z ufnością podporządkował swój warsztat Herbertowskiemu przesłaniu.

Jury konkursu (Małgorzata Zajączkowska z Teatru na Woli, Maria Dorota Pieńkowska z Muzeum Literatury w Warszawie oraz kołobrzeskie nauczycielki: Jadwiga Maj i Helena Elert) wyraziło uznanie recytatorom za twórcze poszukiwania i wysoki poziom umiejętności w zmaganiach z trudną materią Herbertowskiego słowa. Pierwsza nagroda przypadła bosonogiej Marii Czaplewskiej z Kołobrzegu, która recytując „Małego ptaszka” pokazała niespodziewanie wielkie bogactwo środków scenicznego wyrazu, nagrodę drugą otrzymał szczeciński recytator Sebastian Magdziński za dojrzałą, spokojną interpretację wiersza „Ze szczytu schodów”, a trzecią – licealista z Ustronia Morskiego, oryginalny interpretator wiersza „Książka”, Maksym Michałowski.

Na tym nie koniec piątkowych wydarzeń. Tego dnia wieczorem na dużej scenie centrum Kultury odbyły się jeszcze dwa spektakle – z cyklu, który oby na stałe umościł się w programach kolejnych Herbertiad. Cykl nosi tytuł „Mistrzowie Mistrza” i każdego roku ma pokazywać twórczość innego poety, który dla Herberta był wzorem, źródłem inspiracji, mistrzem właśnie. W tym roku wypadło na Cypriana Norwida, a paryskiego samotnika podano kołobrzeskiej publiczności na dwa skrajnie różne sposoby.

Jako pierwsza na scenie pojawiła się aktorka Teatru Polskiego w Warszawie Halina Łabonarska, z monodramem „Z Norwida wzięte”. W czasach, gdy żył, zwłaszcza w okresie emigracji, Norwid był poetą nierozumianym i nieczytanym, współcześni jednak wspominają, a biografowie potwierdzają, że o ile nikt nie rozumiał jego książek, o tyle akceptowano, a czasem wręcz entuzjastycznie odbierano jego publiczne recytacje. Właściwym więc żywiołem Norwidowskiej poezji jest raczej mowa niż pismo – pod warunkiem, że aktor go dobrze rozumie i dobrze mówi. Zdarzali się na polskich scenach genialni interpretatorzy autora „Vade-mecum”, dość wspomnieć Wojciecha Siemiona czy Irenę Jun. I śmiało można na tę „listę mistrzów” wpisać Halinę Łabonarską, która czyta Norwida ze świetnym wyczuciem i głębokim rozumieniem zarówno sensu, jak trudnego brzmienia jego poezji. Spokojny głos aktorki, jej namysł, którego ten poeta tak bardzo oczekiwał i domagał się od swych odbiorców, jej zasłuchanie w Norwidowskie melodie i Norwidowskie przesłanie – udzieliły się publiczności.

Po dwudziestominutowej przerwie nastąpił ostatni akt piątkowej odsłony Herbertiady – poezja eksplodująca na kołobrzeskiej scenie za sprawą Natalii Sikory, śpiewającej Norwidowski repertuar z płyty „Absurdustra”. Młoda śpiewająca aktorka (z towarzyszeniem pianisty Piotra Proniuka) przedstawiła Cypriana Kamila jako kolegę z piaskownicy, takiego samego jak ona buntownika. Jazzowo interpretowane kompozycje Czesława Niemena i Grzegorza Kwietnia, brawurowo wyśpiewane przez Natalię (znakomity wokalny warsztat, głos czysty jak kryształ, z niezbędną domieszką rdzy), ulokowały Norwida raczej w loży szyderców niż na katedrze. Smaku koncertowi dodał dialog, który artystka prowadziła z publicznością, a który sprawił, że romantyczny poeta nagle okazał się żywo zaangażowany w naszą śmieszną i straszną codzienność.

Który Norwid jest tym prawdziwym – Norwid Łabonarskiej czy Norwid Sikory? Widzowie piątkowego koncertu dostali prawdziwie smaczny temat do rozmyślań.

Ostatnim dniem Herbrtiady była sobota. Koncert sobotni zaczął się od odczytania przez prowadzącego Przemysława Tejkowskiego listów od honorowych patronów (miał rzeszowski aktor lekki kłopot ze staropolską składnią i akademickim humorem listu Rafała Żebrowskiego – siostrzeńca i biografa Księcia Poetów), po czym nastąpiła prezentacja laureatów konkursu recytatorskiego. Występ Sebastiana Magdzińskiego otworzył wieczór, a przed Maksymem Michałowskim i Marią Czaplewską wystąpiła jeszcze kołobrzeżanka Patrycja Czochra – laureatka „Małej Herbertiady” – konkursu dla gimnazjów, który odbywa się na wiosnę. Po popisie zwycięskich recytatorów przyszedł czas na dwa Herbertowskie spektakle, które udowodniły, że formuła Przeglądu daleka jest jeszcze od wyczerpania, a twórczość autora „Pana Cogito” to źródło wielce różnorodnych, niezwykłych artystycznych poczynań.

Jako pierwszy swój monodram pokazał Janusz Andrzejewski z Teatru Nowego w Poznaniu. Spektakl „Requiem Pana Cogito” to niezwykłe połączenie wierszy Herberta, fragmentów „Requiem” Mozarta i… japońskiego tańca buto. Dobór wierszy, a także pozaliterackich środków wyrazu, ukazał Herberta jako poetę podejmującego temat metafizycznego lęku, cierpienia, przemijania i śmierci. Taneczne improwizacje poznańskiego artysty pokazały, jak wyrazistym narzędziem komunikacji (zwłaszcza jeśli idzie o komunikowanie emocji) jest ludzkie ciało. Słowo, muzyka i obraz – podkreślony dobrze użytym światłem, które opowiadało własną równoległą historię – przemówiły zgodnym chórem, uruchamiając zmysły i intelekt, uczucia i wyobraźnię zdumionej widowni.

Jeśli ktoś myślał, że tańczenie Herberta to dziwny sposób na interpretowanie jego poezji, to ostatni akt kołobrzeskiej Herbertiady musiał go zdziwić do końca. W kończącym Przegląd spektaklu zaprezentowała się bowiem para artystów z Sopockiego Teatru Tańca: Joanna Czajkowska i Jacek Krawczyk. W trakcie przedstawienia ze sceny nie pada ani jedno słowo (fragmenty angielskiego przekładu Herbertowskiej prozy „Co myśli Pan Cogito o piekle” uważać raczej należy za składnik dźwiękowego, muzycznego podkładu). Tancerze wybrali kilka tekstów Zbigniewa Herberta i uczynili je tematem i przedmiotem porywającej narracji, której tworzywem jest ciało i ruch. Przeciwnie niż w monodramie Janusza Andrzejewskiego, dramatyzm spektaklu budowały skomplikowane relacje i napięcia pomiędzy obojgiem tancerzy. Oryginalne tło dźwiękowe (amelodyczne industrialne tła, z których wyłaniały się elektroniczne rytmy i sugerowane raczej niż rzeczywiste melodie) oraz świetlna scenografia – oba elementy spektaklu autorstwa Rafała Dętkosia – stworzyły ramę, wewnątrz której aktorzy-tancerze zmagali się ze sobą i ze światem, szukali sensu i wyzwolenia z obcości.

Zbigniew Herbert to poeta sumienia, o którym pisze, że są w nim „włókna duszy” i „chrząstki sumienia”. Nawet dusze idące do nieba niosą tam „nitki mięśni” i „krople sadła”. Świadomość zamknięcia w ciele jest bliska Herbertowskiemu przesłaniu, a najbardziej cielesny ze zmysłów, dotyk, rośnie „na skraju prawdy”. Okazuje się więc, że język ciała – a jego najpiękniejszą formą jest taniec – może komunikować rzeczy najważniejsze.

Tak, można tańczyć Herberta.(ww)

Fot. Jerzy Błażyński