XV „Herbertiada” – I czas odpłynął…

W piątek, 19 IX 2014 roku, jubileuszowa piętnasta Herbertiada zaczęła się o godzinie 10, w dużej sali widowiskowej Regionalnego Centrum Kultury im. Zbigniewa  Herberta w Kołobrzegu, projekcją filmu dokumentalnego „Herbert – fresk w kościele”. Dokument Piotra Załuskiego jest obrazem, który wśród wielu innych filmów poświęconych Herbertowi wyróżnia się bliskością i, by tak rzec, czułością spojrzenia. Wzrok widza śledzi Herbertowskie archiwalia, metaforyczne skróty i – szczególnie cenne – emocje tych, którzy są jeszcze wśród żywych, a Herbertowi byli z takich czy innych powodów bliscy (prócz najbliższej rodziny na przykład ci, którym poeta poświęcił lub dedykował swe wiersze). Młodzi i starsi widzowie wypełniający salę mogli obecnemu na sali reżyserowi podziękować oklaskami, wysłuchać jego komentarza, zadać pytania.

Po tej inauguracyjnej projekcji, w małej sali teatralnej rozpoczął się drugi akt Herbertiady: konkurs recytatorski dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Jak zwykle zaprezentowali się recytatorzy z liceów zachodniopomorskich i szkół noszących imię Zbigniewa Herberta. Prezentacje utworów poety zostały ocenione przez pięcioosobowe jury (Janusza Andrzejewskiego z Teatru Nowego w Poznaniu, Wojciecha Machnickiego z Teatru Współczesnego w Warszawie, Marię Dorotę Pieńkowską ze stołecznego Muzeum Literatury oraz dwie kołobrzeżanki: Jadwigę Maj i Helenę Elert). Jurorzy oraz bywalcy konkursu wysoko ocenili poziom tegorocznych prezentacji. Można chyba powiedzieć, że Herbertiada wychowała sobie recytatorów. Okazuje się, że ludzie bardzo młodzi potrafią ze zrozumieniem, wiarygodnościa i talentem mówić Herberta, a może nawet Herbertem wyrażać siebie, że – wbrew temu, co w filmie Załuskiego powiedziała Barbara Toruńczyk – z męską twórczością Księcia Poetów śmiało mogą mierzyć się kobiety, choćby to były licealistki. Świeżo upieczoną absolwentką liceum w Chojnie jest zdobywczyni Grand Prix konkursu Emilia Hadrzyńska, która zadała sobie karkołomne zadanie scenicznej interpretacji eseju o malarstwie („Mistrz z Delft”). I wykonała je celująco, kreując na scenie nie tylko fragment humanistycznego dyskursu, ale też wiarygodną sytuację i wyposażoną w żywe emocje, interesującą postać. Pierwszą nagrodę w konkursie otrzymał ubiegłoroczny zdobywca nagrody głównej Jan Orszulak z herbertowskiego XX Liceum Ogólnokształcącego w Gdańsku, za pozornie niedbałą, lecz celną w istocie interpretację trudnego, wcale nie jednoznacznego wiersza „Pan Cogito opowiada o kuszeniu Spinozy”. Kolejne nagrody zdobyli wychowankowie Miejskiego Ośrodka Kultury w Szczecinie (która to placówka od pierwszej Herbertiady „ustawiła” wysoki poziom corocznych zmagań): Małgorzata Fatalska („U wrót doliny”) i Bartosz Pietruszka („U szczytu schodów”). Wśród wielu ciekawych prezentacji uwagę jurorów zwrócili jeszcze Patry Jaszek, Jagoda Kondziołka i Linda Wojtera – zdobywcy wyróżnień. Godnym odnotowania zjawiskiem w konkursie były tyleż ciekawe, co kontrowersyjne prezentacje wyłamujące się z ram klasycznej recytacji, poszukujące nowych środków wyrazu. Dwie z nich – Anity Dworzańskiej i Maksyma Michałowskiego – jury uznało za godne zauważenia i wyróżnienia. Chwile, z pewnością zbyt krótkie, na indywidualne kosultacje recytatorów z jurorami, były ostatnim akcentem pierwszego dnia Herbertiady.

Drugi dzień (sobota) Przeglądu to dzień jubileuszowej gali na dużej scenie Regionalnego Centrum Kultury im. Zbigniewa Herberta w Kołobrzegu. Piętnastolecie sprawiło, że poprzedzająca występy część oficjalna nieco się przeciągnęła. Prócz tradycyjnych listów od honorowych patronów (ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego), ciepłych pozdrowień od Haliny Herbert-Żebrowskiej, widzowie posłuchali jeszcze podziękowań i gratulacji, wraz z kolorowymi bukietami składanych na ręce Katarzyny Pechman przez posłów, lokalne władze, a także delegację Stowarzyszenia Kołobrzeskich Poetów.

Potem prowadzący galę Wojciech Machnicki zaprosił na scenę recytatorów. Przed Emilią Hadrzyńską pojawił się Szczepan Czaplewski, zwycięzca odbywającej się wiosną Małej Herbertiady, konkursu recytatorskiego dla gimnazjalistów, organizowanego przez szkołę społeczną im. Zbigniewa Herberta w Kołobrzegu. Szczepan z wdziękiem zaprezentował groteskowo-surrealistyczną interpretację „Pogrzebu młodego wieloryba”.

Pierwszym profesjonalnym wykonawcą programu Herbertiady była Unia Teatr Niemożliwy z Warszawy, z inscenizacją pt. „Drugi pokój – impresje według Zbigniewa Herberta”. „Drugi pokój” (inną jego teatralną parafrazę Kołobrzeg oglądał na III Herbertiadzie w 2002 roku) w autorskim zamyśle jest tekstem radiowego słuchowiska, co być może stało się źródłem reżyserskiego pomysłu Doroty Anny Dębek, by ukryć aktorów za majaczącymi w ciemnościach niewyraźnymi obrazami wnętrz i fasad, wewnątrz których poruszają się kalekie cienie. w klasycznym radiowym słuchowisku wzrok odbiorcy wypoczywa, oddając pole wyobraźni, tu – paradoksalnie – oczy teatralnej publiczności zostały zmuszone do bolesnego wysiłku, podobnie zresztą jak słuch, który dialog bohaterów musiał wyłuskiwać z bełkotliwego, chaotycznego radiowego tła. historie takie jak ta, historie pisane przez egoizm, obcość, chciwość, pogardę – zepchnięte poza zasięg wzroku, bo niewygodne, bo uwierają w sumieniu. Starzy ludzie – przedmioty, odpychane, pozbawiane twarzy, niedołężne więc bez godności. Herbert obnażył w swym tekście to, co potem nazwano mentalnością eutanazyjną. Poeta „od uniwersaliów i mitów” w swoim dramacie dotknął tego, co wstydliwe jak czyrak, banalne jak mała podłość, codzienne jak brud na rękach. To dobrze, że jeszcze uprawia się sztukę nie tylko po to, żeby było miło. Niewyraźne, w mroku pogrążone dekoracje okazały się zwierciadłem. Oklaski po spektaklu za oryginalną formę i za nieuchronne przygnębienie tą prostą prawdą, że mali, podli bywamy.

Dwudziestominutowa przerwa potrzebna była na rozmowę. Tak jakby widzowie, zaniepokojeni trudną formą i przygnębiającą treścią spektaklu, czuli potrzebę wzajemnego utwierdzenia się w emocjach i ocenach.

A po przerwie Wojciech Machnicki, z klasą wykonujący obowiązki konferansjera, zaprosił na koncert. Występy pięciu wykonawców – każdy zaśpiewał cztery lub pięć piosenek – oddzielały od siebie czytane przez Macieja Robakiewicza wiersze Herberta. Obyta z tą poezją kołobrzeska publiczność wsłuchiwała się w bardziej i mniej znane teksty Księcia Poetów, podane czysto i smacznie.

Jako pierwszy artysta śpiewający na scenie pojawił się Piotr Kajetan Matczuk. Można go chyba nazwać „dzieckiem Herbertiady”, bo u początków jego muzycznej przygody znaleźć można tytuł laureata konkursu recytatorskiego, w kategorii poezji śpiewanej, na Herbertiadzie w roku 2006. Także tym razem, wśród innych Herbertowskich nawiązań do Biblii, Matczuk przypomniał nagrodzone wtedy „Domysły na temat Barabasza”.

Drugim herbertiadowym bardem był Szymon Zychowicz, który występ swój (w czasie gdy technicy uwijali się przy kablach) zaczął od recytacji, przy czym wierszy dotyczył nie Herberta, lecz jego kolegów (i koleżanki) po piórze. Pogodny nastrój zawładnął sceną i widownią, podtrzymywany przez cały występ artysty o ciepłym głosie, emanującego szczerą, choć pozbawiona złudzeń życzliwością dla świata.

A potem swoją gitarę na scenę wniósł Antoni Muracki. Człowiek – melodia. Cieszyć się wypada, że wśród wykonawców i twórców sceny muzycznej znaleźć jeszcze można takich, którzy pamiętają, że ich zadaniem jest układanie melodii (a nie tylko wyrażanie przekonań, wydawanie dźwięków i walka o tolerancję). Szczególną moją uwagę zwróciło Herbertowskie „Pożegnanie”: wiersz wolny i nierymowany – a Antoni Muracki przyodział go w tak czystą i piękna melodię, jakby Herbert był jego osobistym tekściarzem.

Kolejny artysta na scenie kołobrzeskiego RCK-u to Mirosław Czyżykiewicz – czarodziej i szaman poetyckiej sceny. O głosie tak przejmującym, że już jego „dobry wieczór” wywołało szmer na widowni. Dalej było coraz goręcej. Pierwszą kulminacją tego małego koncertu było wykonanie (z akompaniamentem kompozytora) wiersza Juliusza Słowackiego „Testament mój” z muzyką Piotra Matczuka. A potem finałowy dreszcz: „Powrót” Kaczmarskiego i Gintrowskiego – Mirosław Czyżykiewicz przypomniał tych, którzy na Herbertiadzie grali, a teraz słuchają jej z nieba.

Po kolejnej porcji Herberta w interpretacji Macieja Robakiewicza i dłuższej niż poprzednie przerwie na uwijanie się przy kablach, na scenie pojawił się Tadeusz Woźniak. To rodzinne muzykowanie (bo akompaniujący mu zespół składał się z żony i synów Mistrza) udowodniło, że czas się go nie ima. Głosem niezmiennie czystym, muzyczną werwą i domieszką ironicznego dystansu radował Tadeusz Woźniak kołobrzeską publiczność. Daniem głównym koncertu było świetnie umuzycznione „Przesłanie Pana Cogito”, a na deser – jakże by inaczej – otrzymaliśmy „Zegarmistrza światła”. I czas odpłynął.

Tak było w tym roku. Herbert wezwał do trudu i do sięgania do gwiazd. Herbert zabolał. A na koniec – Herbert popieścił słuchaczy – bardzo zresztą zgodnie z przesłaniem zamieszczonego w programie, świetnego tekstu Radosława Siomy („Sceptyczny sensualista”), w którym autor słusznie zauważa, że jest on „poetą niełatwego szczęścia, zmysłowej afirmacji rzeczywistości”.(ww)

Fot. Jerzy Błażyński