XVII „Herbertiada” na bajkowo

XVII Ogólnopolski Przegląd Twórczości Zbigniewa Herberta „Herbertiada” (22 – 24 września 2016 r.) składał się – jak zwykle – z trzech głównych odsłon, przeżytych przez uczestników w ciągu trzech dni: czwartku – dnia warsztatów, piątku – dnia turnieju, i soboty – dnia gali.

Czwartek

Bywalcy warsztatów wiedzą, jak różne mogą być formy tych zajęć. Na przykład rok temu instruktor uczył ciała – to znaczy prowadził zajęcia tak, by recytatorzy poczuli, jak w scenicznej akcji zachowują się mięśnie, nerwy, kości i wnętrzności, a także jak maszyneria ciała współoddziałuje z aparaturą ducha. Tym razem było inaczej. Wojciech Machnicki z Teatru Współczesnego w Warszawie zabrał się do sprawy od drugiego, przeciwnego końca. Materią recytacji jest słowo – w tym przypadku poetyckie słowo Zbigniewa Herberta. Warszawski aktor podjął się zadania wspólnej podróży przez brzmienia i sensy Herbertowskiego słowa, towarzysząc recytatorom w ich odkrywaniu na nowo owego „co?” i owego „jak?”, zamkniętych w poetyckim tekście. I za każdym razem okazywało się, że prócz dających się uchwycić rytmów, dźwięków i melodii, prócz dających się nazwać sensów, znaczeń i treści – zawsze pozostaje coś nienazwanego i nieuchwytnego, tajemnica prawdziwej poezji. I chyba celem recytatorskiego mistrzostwa jest właśnie to: wyrazić, podarować odbiorcy tę tajemnicę.

Piątek

W trzech koncertach konkursowych turnieju recytatorskiego Herbertiady wzięło udział 29 licealistów z całej Polski, ocenionych przez trzyosobowe jury (prof. Monikę Rasiewicz z Krakowa – aktorkę i nauczycielkę aktorów, Janusza Andrzejewskiego z Teatru Nowego w Poznaniu, Helenę Elert – kołobrzeżankę, polonistkę, działaczkę Towarzystwa Kultury Teatralnej). Recytatorzy prezentowali poezję, prozę poetycką i esej; prócz tradycyjnej formy recytatorskiej wykorzystywali także działania formę tę przekraczające – teatralny gest i rekwizyt. Zwracał uwagę wyrównany, wysoki poziom recytacji (może bez fajerwerków, ale też niemal bez scenicznych nieporozumień). Grand Prix konkursu, wraz z ciężką statuetką i nagrodą z dyplomem podpisanym przez prezydenta RP Andrzeja Dudę, zdobyła pierwszoklasistka Natalia Nafalska, reprezentująca Studio Teatr w Szczecinie, za wyrazistą, warsztatowo bezbłędną i przekonująco szczerą interpretację trudnego i pozornie mało efektownego wiersza „Przyszło do głowy”. Pierwsza nagroda przypadła Weronice Wilczyńskiej z dalekiego Podkarpacia. Weronika przykuła uwagę widzów dramatyczną opowieścią starego kronikarza, zawartą w „Raporcie z oblężonego Miasta”. Nagrodę drugą zdobyła poznanianka Zofia Nochowicz, której występ był właściwie małym monodramem, nieźle skonstruowanym z trzech wierszy z pośmiertnie wydanego tomiku „Podwójny oddech”. Trzecia nagroda za rozumną interpretację trudnej prozy poetyckiej – „Hermes, pies i gwiazda” – dla Natalii Kobiałki z liceum im. Zbigniewa Herberta w Słupsku. Wyróżnienia otrzymali: zeszłoroczny zwycięzca Michał Andrysiak z Nowogardu (wiersz „Mama”), Jakub Sopoćko z Poznania („Chciałbym opisać”), kołobrzeżanka Klara Czaplewska („Pięciu”) i poznanianka Julia Gałęska („Tren Fortynbrasa”).

Sobota

Wieczorna sobotnia gala „Herbertiady” na dużej scenie Regionalnego Centrum Kultury im. Zbigniewa Herberta w Kołobrzegu to czas kulminacji i danie główne Przeglądu. Przybyłych na galę widzów przywitała ciemność, z której wyłonił się osobiście sam Książę Poetów, utrwalony na nagraniu telewizyjnego wywiadu, którego w 1972 roku udzielił dziennikarzowi o bujnej czarnej czuprynie – Aleksandrowi Małachowskiemu. Wywiad, niezwykle smaczny, ukazuje Herberta jako człowieka dowcipnego, autoironicznego, o wysokich walorach, rzekłbym, towarzyskich, który, szanując interlokutora, świadom, że nie ma głupich pytań (a troszkę się niestety Małachowski wygłupił…), wypowiada się z klasą i wdziękiem, a pod tą lekką formą przemyca ważne myśli o kulturze, poezji, pamięci, sensie życia. W tym wywiadzie, nagranym w warunkach dojrzałego „peerelu”, świadomy i obeznany z kontekstem słuchacz usłyszy także to, co między słowami, to, czego wtedy nie można było powiedzieć…

…I uniósł się filmowy ekran, a na scenę wkroczył konferansjer Patryk Bartoszewski. W krótkiej części oficjalnej miedzy innymi odczytano listy od patronów honorowych (a uczyniła to Katarzyna Pechman – pomysłodawczyni i dyrektor artystyczny „Herbertiady”): wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego, Haliny Herbert-Żebrowskiej, posła Marka Hoka i – last but not least – Rafała Żebrowskiego, który z właściwym sobie wdziękiem i staropolską swadą uraczył herbertiadowiczów wnikliwą refleksją nad twórczością swojego wuja. Część oficjalną zakończyła prezentacja laureatek piątkowego konkursu.

A potem na scenie pojawili się Agata Piotrowska-Mastalerz i Dariusz Kowalski, aby zaprezentować spektakl „Nie pytaj, czym jest róża”, złożony z tekstów Herberta, które sam poeta czasem nazywał „bajkami”. Popłynęła opowieść o zwierzątkach, krasnoludkach, królach, podana ze sceny przez Księżniczkę i Poetę. Bajki Herberta nie są dla dzieci. I rzadko są wesołe – jeżeli uśmiech, to przez ściśnięte gardło, jak w „Wietrze i róży”, albo przez ironiczny grymas, jak w „Wilku i owieczce”. Bajkową prozę przerywały czasem fragmenty wierszy, które rozświetlały tekst spektaklu melodią, herbertowskim heksametrem, liryczną metaforą – baśniowym świętowaniem języka. Całość uzupełniały obrazki w tle sceny, jakby z przewracanych kart zapomnianej księgi dzieciństwa.

Ostatnim punktem programu tegorocznej „Herbertiady” był muzyczno-poetycki program „Czas ciemnej gwiazdy”, w reżyserii Grażyny Matyszkiewicz i wykonaniu Aleksandra Trąbczyńskiego z zespołem (Aga Derlak, Tymon Trąbczyński). Usłyszeliśmy Herberta śpiewanego i (znakomicie!) mówionego – na tle muzyki i na tle skupionej ciszy, wyczarowanej przez zasłuchaną publiczność. Liryczno-jazzowe brzmienia fletu, fortepianu, kontrabasu i gitary, bogactwo kompozytorskich pomysłów Stanisława Radwana, Jana Kantego Pawluśkiewicza, Janusza Strobla, Michała Kulentego i Aleksandra Trąbczyńskiego – stanowiły piękną i frapującą ofertę muzycznych odczytań poezji Herberta – innych, a przecież równie znakomitych jak kanoniczne śpiewania Przemysława Gintrowskiego. Aleksander Trąbczyński stworzył na scenie (nie aktorską grą, lecz słowem, skupieniem, namysłem, kontaktem z odbiorcą) bohatera, który z męską powściągliwością opowiada o bolesnych swoich spotkaniach ze światem, z drugim człowiekiem, z obolałą pamięcią. Spotkaniach naznaczonych tragizmem, które jednak, na szczęście, nie odbierają nadziei.(ww)

Fot. Jerzy Błażyński