Zbigniew Herbert jest poetą czy – szerzej – pisarzem, dla którego nie odnajduję w historii literatury polskiej wyraźnych antenatów czy choćby duchów pokrewnych. Jest on sui generis. Jakby coś stworzył od zera, otworzył nową kartę w porządku samej tradycji.

Jest on poetą kultury, ale nie pięknoduchem. Interesuje go Myśl, lecz stroni od abstrakcji. Czuje i lubi konkret, ale nie pospolitość. Jego język jest wzniosły, lecz pozbawiony patosu; wyzuty ze słabości, którymi grzeszy polszczyzna: skłonności do gadulstwa, gaworzenia, słopiewni, niestabilnej syntaksy, baroku, młodopolszczyzny. To pisarz „uniwersalny”: zajmuje go homo sapiens (przynajmniej europejski); a przy tym – „partykularny”, związany z własnym krajem. Polski, lecz nie „narodowy”. Patriota, lecz – gorzki. Nie kadzący rodakom, przeciwnie, surowy dla nich. Krytyczny, sarkastyczny, potrząsający sumieniem. A przy tym – mimo wszystko – pokrzepiający serca.

Swoista odwrotność Conrada: „Anglik” piszący po polsku; wytrawny opowiadacz uprawiający poezję. A przy tym zbieżność z tamtym: opanowany, stoicki, a przecież trawiony gorączką i niepokojem wewnętrznym o to, co niewymierne: honor, wierność i prawość. Mówiący prosto, spokojnie o imponderabiliach – jakby układał traktat etyczno-estetyczny, metafizykę godności.

Głęboki pesymista o wielkiej pogodzie ducha. Nurtowany zwątpieniem i pozbawiony złudzeń co do Życia i Świata, a także Historii i Sztuki, widzący los człowieka w jak najczarniejszych barwach, a przy tym, na przekór temu, zachowujący wiarę – poniekąd irracjonalną – w istnienie jakiegoś ładu i sens komunikacji: służenia ludziom Słowem. Poważny, lecz nie ponury, nie znoszący lamentu. Przekorny, ironiczny, z wielkim poczuciem humoru. Potrafiący żartować nawet z własnego cierpienia, a było ono niemałe.

Człowiek nieśmiały, „cofnięty”, unikający rozgwaru, a przy tym niekostyczny, bezpośredni, „otwarty”. Nie pozujący na nic – ani na mistrza-proroka, ani na wieszcza narodu – będący zawsze sobą. Rozwijający skrzydła w warunkach kameralnych, źle się czujący na dworach i w świetle jupiterów. Mimo szlachetnej prezencji, dystynkcji i charyzmy, niechętny wszelkim insygniom i blaskom reprezentacji. W krawacie, lecz – rozluźnionym.

Śmiertelny z nizin, „leśny” – podejmujący w wierszach „olimpijskie” tematy. Związany z chorobą, bólem; po stronie nędzy ciała, a nie fizycznej tężyzny. Skazany na los wygnańca, a nie gospodarza domu. Pozbawiony dziedzictwa; znający wydziedziczenie. Krewny artystów „przeklętych” – Villona, Schuberta, van Gogha – i „nawiedzonych” poetów, takich jak Hölderlin, którego słynne orędzie zdawał się wcielać w życie:

Lecz gdy szaleje burza rozpętana przez bogów,
my wpośród niej musimy
stać z głową odkrytą, poeci!
I własną ręką grom chwytać,
i dar zesłany z nieba
przekazać ludowi – w pieśni!

Antoni Libera