Tym, co w Epilogu burzy stanowi novum, jest otwarcie na perspektywę Nieba i wieczności. W ostatnich wierszach następuje pogodzenie świata i zaświatów.

Poetyckie modlitwy stanowią w twórczości Zbigniewa Herberta niewielki procent tekstów. Podmiot liryczny tych wierszy częściej mówi o Bogu, niż bezpośrednio do Niego się zwraca. Niemniej jednak utwory, w których mamy do czynienia z tą drugą sytuacją, zajmują w dorobku poety miejsce szczególne i pozwalają w innym świetle spojrzeć na dorobek autora Pana Cogito.

Wiersze-modlitwy znajdziemy już u samego początku poetyckiej drogi Herberta – jeszcze przed wydaniem pierwszego tomu (np. wiersze Usta proszą i De profundis,), ale zupełnie nowy wzorzec modlitwy wytycza Modlitwa Pana Cogito – podróżnika. Utwór ten rzadko bywał poddawany analizom – argument (czy raczej pretekst) dla krytyki stanowił tu „pozajęzykowy charakter modlitwy”. Trzeba jednak podkreślić, że choć modlitwa faktycznie wykracza poza tradycyjny schemat komunikacji językowej – nie jest bowiem wyłącznie komunikatem, lecz także zdarzeniem, spotkaniem, przeżyciem, które niekoniecznie musi mieć miejsce w sferze języka – to w przypadku modlitwy poetyckiej, język stanowi jej podstawowe tworzywo. Warto więc zastanowić się, jak jest ono ukształtowane.

O zdanie długie i pojemne

Tym, co zwraca naszą uwagę już przy pierwszym rzucie oka na Modlitwę Pana Cogito – podróżnika, jest specyficzny układ tekstu, w różnym stopniu powtarzany później w wierszach z cyklu Brewiarz. Utwór rozpoczyna się apostrofą („Panie”), niepozostawiającą cienia wątpliwości, kto jest adresatem, wyróżnioną graficznie (przez wysunięcie) w stosunku do pozostałej części tekstu. Dalej następują podziękowania, przeprosiny i prośby – każde z tych wezwań możemy potraktować jako jeden długi wers. Taka konstrukcja nadaje utworowi charakter ekstatyczny – język nie dąży tu do precyzji, ale do zawarcia w sobie różnorodności świata, za który podmiot dziękuje Bogu. Postulat takiego języka pojawia się zresztą u Herberta już wcześniej, w wierszu Pan Cogito rozważa różnicę między głosem ludzkim a głosem przyrody:

a przecież zebrałem tyle słów w jednej linii – dłuższej
od wszystkich linii mojej dłoni a zatem dłuższej od losu
w linii wymierzonej poza w linii rozkwitającej w linii
świetlistej w linii która ma mnie uratować w kolumnie mego
życia – prostej jak odwaga linii mocnej jak miłość – lecz
była to zaledwie miniatura horyzontu

Graficzny układ tego fragmentu, zestawiony z poprzedzającymi go krótkimi wersami, staje się ilustracją zawartej w nim treści. Nieprzypadkowo zbliżamy się tu do doświadczeń poezji konkretnej, bowiem tekst mówi o tym, że poezja powinna odbijać w sobie świat, być jego ikoną. Ma również odwzorowywać życie twórcy – jej linia powinna być „dłuższa od wszystkich linii dłoni” poety, „dłuższa od losu”.

Podobnie postrzegana jest rola twórczości poetyckiej w Brewiarzu (II)1, który stanowi prośbę (i – jak twierdzi ks. Jerzy Szymik – jej spełnienie) o „zdolność układania zdań długich, których linia jak zwykle od oddechu do oddechu wydaje się linią rozpiętą jak wiszące mosty jak tęcza alfa i omega oceanu”. Linia ta ma łączyć początek i koniec życia. Obok płaszczyzny wertykalnej mamy jednak w Brewiarzu płaszczyznę horyzontalną: tęcza rozpięta między dwoma krańcami oceanu życia łączy przecież także ziemię z niebem. To znak przymierza między Bogiem a człowiekiem. „Zdanie długie” porównane jest do „wielkiej doliny” i ma się w nim znaleźć „lustrzane odbicie katedry”. Nasz świat stanowi więc odbicie rzeczywistości lepszej, Boskiej, symbolizowanej przez katedrę – w planie dosłownym będącą, co prawda, wytworem kultury, lecz kierującą myśli ludzkie ku sferze nadprzyrodzonej. Katedra odbijająca się w „oceanie życia” jest metaforą Nieba.

W „wielkiej dolinie” Herbertowskiego „długiego zdania” powinny się zmieścić „światy, cienie światów, światy z marzenia”. Podmiot wierszy Herberta, stawiając sobie tak ambitny cel, ma jednocześnie świadomość, że nigdy do niego nie dojdzie. Sztuka może być tylko ułomnym dążeniem do ideału, „zaledwie miniaturą horyzontu”. Podmiot poetyckich modlitw podkreśla swoją małość i małość języka, którym włada. Paradoksalnie świadczy o tym ilość wypowiedzianych słów. Biorąc pod uwagę tylko to kryterium, moglibyśmy stwierdzić, że Modlitwa Pana Cogito – podróżnika czy niektóre z Brewiarzy to najbardziej „przegadane” teksty Herberta, a modlący się jest w nich, według słów Ewangelii, „gadatliwy jak poganin” (Mt 6,7). Osoba mówiąca nie chce jednak urządzać popisów „wielomówstwa” ani olśniewać nikogo swą erudycją (ta ujawnia się jakby mimochodem), lecz ukazuje właśnie swoją niemoc w wyrażaniu tego, co ogląda. Rzeczy, za które należałoby podziękować Stwórcy, jest tak wiele, że trzeba by je wymieniać w nieskończoność, dobierając coraz to nowe słowa. Tymczasem świat wymyka się opisowi: „słońce schodzi w Morze Jońskie prawdziwie nieopisane”, „natura powtarzała swoje mądre tautologie: las był lasem morze morzem skała skałą” (Modlitwa Pana Cogito – podróżnika). Nie tylko zresztą świat natury pozostaje niezrozumiały – również o wytworze rąk ludzkich, Akropolu, podmiot powie, że go „nigdy nie zrozumiał do końca”. Ostatecznie modlitwa przybiera kształt zbliżony do litanii – poszczególne wezwania nie nazywają jednak bezpośrednio przymiotów Bożych (Bóg dla Herberta pozostaje przede wszystkim „Niepojęty”), lecz stają się jedynie (aż?) wyliczeniem rzeczy, za które dziękuje, przeprasza czy o które prosi podmiot.

Próba zawarcia w wierszu-modlitwie całego życia wraz z jego różnorodnością wydaje się przedsięwzięciem szalonym. Zwłaszcza, że Herbert nie dąży tu do jakiejś formuły uogólniającej, lecz, jak sam przyznaje, ma „straszliwe ciągoty do konkretu”. Jedynym sensownym rozwiązaniem wydaje się więc wybór takich szczegółów, które będą dla tego życia reprezentatywne, będą stanowić jego pars pro toto. W Modlitwie Pana Cogito – podróżnika z pomocą przychodzi motyw podróży, która pozwala spojrzeć na doświadczenia podmiotu tak, jak się ogląda album ze zdjęciami. Pan Cogito wybiera ze swej biografii momenty szczególnie piękne, prywatne epifanie, które przeżywa, obcując z naturą, dziełami sztuki, a także samymi ludźmi, od których doświadcza dobroci. Świat w Modlitwie Pana Cogito – podróżnika jest wielki i nieogarniony – taki też wyłania się z tego wiersza obraz Stwórcy.

Czy nas nie odtrącisz

Życie opisywane w poetyckich modlitwach to jednak nie tylko monumentalne piękno, ale także, a może przede wszystkim – zwyczajność, codzienność i składające się na nią drobiazgi. Modlitwa Pana Cogito – podróżnika, choć zbudowana ze szczegółów, zakreśla szeroką perspektywę dzięki wielości i różnorodności miejsc odwiedzonych przez bohatera. Zupełnie inny obraz rzeczywistości ukazują nam ostatnie teksty Herberta, gdzie punktem, z którego ogląda się świat, jest łóżko chorego. Również w tych utworach postawa osoby mówiącej przechodzi pewną ewolucję. Najwcześniejszy z nich to chyba Modlitwa starców z Elegii na odejście. Mamy tu do czynienia z podmiotem zbiorowym (czy może raczej przemawiającym w imieniu zbiorowości – dwa razy pojawia się bowiem liczba pojedyncza: „pytam”, „wiem”) – wiersz stanowi modlitwę ludzi lękających się samotności, odrzucenia, pewnych, że taki właśnie czeka ich los. Jedyną nadzieję pokładają w Bogu, choć nie są do końca przekonani, czy nawet On ich nie opuści:

ale potem potem
czy nas nie odtrącisz
kiedy już odejdą dzieci kobiety cierpliwe zwierzęta.

Trzecia strofa to już jednak prośba o przygarnięcie, ciągle jeszcze nieśmiała, wyrażona pytaniem:

czy wtedy
przygarniesz nas z powrotem.

Podmiot przyjmuje tu postawę pokorną – wobec Boga stary, doświadczony człowiek staje się dzieckiem, chce wrócić „do kolan dzieciństwa”. Bóg łączy się z chorym, wypełnia go całego, stając się w tej chwili jego jedynym światem. Ciało „starca” opisane jest jak świątynia („w ciemnym wnętrzu biały rośnie kościół”), w której odbywa się liturgia (psalmy, „astmatyczne sapanie dzwonów”). Herbertowski kościół „rośnie” przede wszystkim „z soli wspomnień wapna i niewymownej słabości”. Powierzenie Bogu całego siebie ma powodować przemianę także tych najsłabszych, naznaczonych cierpieniem miejsc ludzkiej egzystencji. To jednak budzi największe wątpliwości podmiotu Modlitwy starców:

jeśli z nas trudno zrobić anioły
przemień nas w psy niebieskie
kundle o zmierzwionej sierści
ćmy o szarej twarzy
zagasłe oczy żwiru
ale nie daj
aby pożarł nas
nienasycony mrok twoich ołtarzy
powiedz tylko to jedno
że potem wrócimy.

Dzięki Ci za cały ten kram

Postawa bohatera wobec Stwórcy zmienia się w późniejszych wierszach, zwłaszcza w cyklu Brewiarz, gdzie osoba mówiąca (możemy ją chyba utożsamiać z Herbertem, w każdym razie nie jest to już Pan Cogito) dziękuje Bogu „za cały ten kram życia”, liczne przedmioty, które ją otaczają. Również w tych drobiazgach przejawia się Boża obecność. Ks. Jerzy Szymik zwraca uwagę, że są to przede wszystkim „przybory do pisania i do cierpienia” – to one składają się na pejzaż ostatnich dni poety, tworzącego niemal do samego końca. Pośrednio jednak twórca dziękuje za to, do czego te przedmioty służą, a więc z jednej strony za powołanie i talent, z drugiej zaś – mamy do czynienia z hiobową zgodą na cierpienie.

Co szczególnie uderzające, bohater widzi piękno także w tych ostatnich, wydawałoby się, ascetycznych pejzażach. Choć nie tylko – w Epilogu burzy znajdziemy np. przejmujący wiersz zatytułowany Kwiaty:

Kwiaty naręcza kwiatów przyniesione z ogrodu
Kwiaty nabiegłe barwą pąsowe fioletowe sine
Odjęte pszczołom trwonią swoje aromaty
W woskowej ciszy pokoju na granicy zimy
Komu te hojne dary nazbyt hojne komu
Omdlewające ciało zamieć spadające płatki
Niebo przeszyte bielą wapienną ciszą domu
Mgły się snują po polach Odpływają statki.

Piękno otacza poetę nawet w ostatnich dniach życia, kiedy wydaje się, że wrażenia estetyczne to coś zupełnie bezużytecznego. Podmiot liryczny mówi, że dary są „nazbyt hojne”. Ten właśnie fragment sprawia, że Kwiaty możemy również uznać za modlitwę. Mamy tu bowiem do czynienia z nawiązaniem do Pieśni XXV z Ksiąg wtórych Jana Kochanowskiego, zaczynającej się od słów: „Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?”. Możemy się domyślać, że ukrytym adresatem wiersza Herberta jest Bóg i to do niego podmiot kieruje pytanie: „komu te hojne dary nazbyt hojne komu”. Nie stanowi ono oczywiście wyrzutu, lecz raczej zdziwienie „nadmiarem” piękna, jak się wydaje, zupełnie nieprzystającego do sytuacji. W pieśni Kochanowskiego, nazywanej również Hymnem do Boga, ukazany był niezachwiany porządek natury, u Herberta natomiast pory roku są dziwnie wymieszane. Nie wiadomo, skąd „naręcza” kwiatów wzięły się „na granicy zimy”, i to wcale nie łagodnej, skoro panuje zamieć. Fragment o „oślepiającej zamieci” odsyła nas jednak do wcześniejszej twórczości Herberta, konkretnie do wiersza Tarnina z Elegii na odejście, gdzie również takie sformułowanie pada. Tarnina, jako krzew kwitnący wówczas, gdy jeszcze panują mrozy, staje się – według Tomasza Garbola – symbolem odwagi, conradowskiej wierności „mimo wszystko”. Bowiem:

ktoś jednak musi mieć odwagę
ktoś musi zacząć.

Tarnina składa więc ofiarę ze swoich „białych niewinnych kwiatów” po to, aby przybliżyć nadejście wiosny. Ale jakiej wiosny może oczekiwać bohater Kwiatów? Wyjaśnienie znajdziemy w wersie „niebo przeszyte bielą wapienną ciszą domu”, który przenosi naszą uwagę na stan podmiotu, jego „wewnętrzną pogodę”. Niebo jest „przeszyte bielą”, ponieważ rolę nieboskłonu odgrywa tutaj sufit, oglądany z perspektywy „omdlewającego ciała”. Pola semantyczne, związane z zamkniętą przestrzenią domu, zbudowano konsekwentnie – nawet cisza jest „wapienna”. Ten ostatni epitet nasuwa jednak także skojarzenia z grobowcem. Wcześniej cisza była „woskowa” – jak gromnica palona przy łóżku konającego. W drugiej strofie mamy już obraz umierania: dom staje się grobem. Zima symbolizuje śmierć, stąd jeszcze dziwniejsza wydaje się obecność kwiatów „nabiegłych barwą”, a więc ewokujących obraz intensywnego życia. Choć ta intensywność też jest różna: jej szczyt stanowi chyba kolor „pąsowy”, najbardziej „krwista” z wymienionych barw. Fiolet to – jak pisze Dorothea Forstner OSB w Świecie symboliki chrześcijańskiej – „kolor pośredniczenia” między „oczyszczoną duchowością błękitu” a „ziemską i zmysłową witalnością czerwieni”, jednoczący to, co Boskie, z tym, co ludzkie. Barwa „sina” kojarzy się natomiast ze starością i umieraniem. Podmiot wiersza w kwiatach odnajduje więc symboliczny obraz swojego życia. Dostrzegając piękno bukietu, wyraża wdzięczność za wszystko, czego doświadczył. Jest świadomy, że otrzymał dar, na który w żaden sposób nie mógł zasłużyć. Teraz może spokojnie odejść, znajduje się już bowiem „na granicy zimy”. Po zimie przychodzi wiosna, symbol zmartwychwstania, i kwiaty w pokoju – zjawisko nie z tego świata – są także zwiastunem nowego, lepszego życia.

By skonać spokojnie

Tym, co w Epilogu burzy stanowi novum, jest widoczne w niektórych utworach całkowite otwarcie na perspektywę Nieba i wieczności. Co prawda w żadnym etapie twórczości Herberta nie doszło do zupełnego odrzucenia tej perspektywy, niemniej jednak sfera ta była zawsze nacechowana ambiwalentnie. Tymczasem w ostatnich tekstach następuje pogodzenie świata i zaświatów (szczególnie widoczne w wierszu Tkanina). Podmiot przestaje się bronić przed tym, co doskonałe, czego nie rozumie, przeciwnie – prosi, aby mógł tego doświadczyć:

Panie
pomóż nam wymyślić owoc
czysty obraz słodyczy
a także spotkanie obojga płaszczyzn
zmierzchu i zaranka
wydobądź z fałdów morza
bas czystych głębin
a także dziewczynę
ślepą jak przeznaczenie
dziewczynę która śpiewa – belcanto

Brewiarz (III)

Jak pisze ks. Jerzy Szymik: „przedmiotem poetyckiej modlitwy są tu znaki piękna nieosiągalnego naturalnie, to znaczy ludzkim wyłącznie wysiłkiem”. W wierszu mamy do czynienia z pięknem „skondensowanym”, niewyobrażalnym, może – ideą piękna. Jeszcze silniej tęsknotę za światem lepszym, doskonałym, wyraża Brewiarz (IV). Silniej – bo świat ów skontrastowany został z niedoskonałością podmiotu, zarówno w sferze etycznej („nie zdążę już/ zadośćuczynić skrzywdzonym/ ani przeprosić tych wszystkich/ którym wyrządziłem zło), jak i estetycznej („porwane akordy/ źle zestawione kolory i słowa/ jazgot dysonans/ języki chaosu”). Doskonałość ukazana jest tu przez motyw koła i kręgów na wodzie, nawiązujących do średniowiecznej ikonografii przedstawiającej stworzenie świata. Duch Święty, unoszący się nad wodami, przedstawiony jest na tych obrazach w postaci gołębicy, zaś Bóg-Architekt posługuje się przyrządami mierniczymi, najczęściej cyrklem i wagą, które zyskują dodatkowe znaczenie symboliczne przez upodobnienie do liter greckiego alfabetu: alfy i omegi, oznaczających początek i koniec, a także Chrystusa. W Brewiarzu (IV) ta symbolika odnosi się do życia (i dzieła) podmiotu:

życie moje
powinno zatoczyć koło
zamknąć się jak dobrze skomponowana sonata (…)

dlaczego
życie moje
nie było jak kręgi na wodzie (…)

Osoba mówiąca, dokonując poetyckiej spowiedzi, dostrzega, że jej życie nie było doskonałe, stąd „smutek duszy” i obawa, czy uda się „skonać spokojnie/ u twoich nieodgadnionych kolan”. To ostatnie pragnienie podmiotu chyba najlepiej opisuje przemianę Herbertowskiego bohatera, który w Testamencie ze Struny światła deklarował, że „nie powróci do źródła spokoju”. Teraz, jak Syn Marnotrawny, chce znów być blisko Boskiego Ojca. Bóg został w Brewiarzu (IV) przedstawiony w sposób antropomorficzny, bliski człowiekowi – jest po prostu Ojcem, choć Jego kolana nadal pozostają „nieodgadnione”. W ten sposób to, co ludzkie, łączy się i godzi z tym, co Boskie.

Ostatnie poetyckie modlitwy Herberta wnoszą do twórczości poety ton pokory i zaufania Bogu. Niejednokrotnie kwestionowano, co prawda, tożsamość tego „boga i stwórcy”. Celnie rozwiewa jednak te wątpliwości ks. Jerzy Szymik: „(…) doświadczenie podpowiada, że brewiarz rzadko pojawia się w rękach panteisty bądź agnostyka”. Wielość nawiązań do tradycji biblijnej i symboliki chrześcijańskiej pozwala umieścić autora Epilogu burzy w gronie tych poetów, dla których chrześcijaństwo stanowiło inspirację i punkt odniesienia.

Szymon Babuchowski

1. Ponieważ zamieszczony w Epilogu burzy cykl Brewiarz składa się z czterech wierszy noszących ten sam tytuł, cyfra rzymska w nawiasie będzie oznaczać pozycję utworu w cyklu.