Rozmawiają Anna Poppek i Andrzej Gelberg

Anna Poppek, Andrzej Gelberg: Blisko dziesięć lat temu Jacek Trznadel, robiąc z panem wywiad do Hańby domowej, rozpoczął od stwierdzenia: „Rozmawiamy 9 lipca 1985 roku”. Zachowajmy tę tradycję. Jest 27 października 1994 roku, pojutrze kończy pan siedemdziesiąt lat i po tekście Armia, zamieszczonym w „Tygodniku Solidarność”, oczekuje pan sekundantów.

Zbigniew Herbert: Jaruzelski w szpitalu, Kiszczak po dwóch zawałach, Kołodziejczyk, jak można podejrzewać, na pewno wykręci się funkcją. Mam nadzieję, że w Drawsku zrobią więc kolejne posiedzenie i wydelegują jakiegoś odważnego generała – na stracenie.

-Bardzo pan pewny siebie.

-Mam doświadczenie, w młodości pojedynkowałem się dwukrotnie. Raz poszło o kobietę…

-Narzeczoną?

Skąd, nawet jej nie znałem, ale w mojej obecności jakiś typ ją obraził. Nie miałem wyjścia, wyzwałem go na pojedynek.

Na pistolety?

-Wybór broni należał do przeciwnika, a ten zażądał szabli. Sekundanci uzgodnili, że będziemy się bili do trzeciej krwi. Całą noc nie spałem. Nie ze strachu – bałem się, że zaśpię. Mieliśmy się bowiem potykać o szóstej rano w Lasku Bielańskim. Dwa razy on mnie zahaczył, ale ja o mało co nie odrąbałem mu ucha. Jak się okazało, był zawodowym oficerem, ja natomiast szablę trzymałem w ręku pierwszy raz w życiu, tak że wynik okazał się wcale niezły.

-Pojedynek to sprawa honorowa. Dziś słowo „honor”, podobnie jak pojedynki, zupełnie wyszło z mody.

Urodziłem się i wychowałem w II Rzeczypospolitej. Tamto dwudziestolecie (nie tylko w sprawach honoru czy pojedynków) jest dla mnie okresem wzorcowym, do którego odnoszę wszystko to, co zdarzyło się później. Bo z życiem jest trochę tak jak z robieniem na drutach: nową nitkę trzeba wiązać z pozostałą ze starego kłębka. Gdy człowiek schodzi do grobu, powinien mieć swój sweterek skończony. Musi zdawać sobie sprawę z tego, jak życie utkał, które fragmenty są ze skazą, a które bardziej udane. Ważne jest, żeby miał pełen obraz własnego życia, a także narodu czy społeczeństwa, w którym je spędził.

-Mówi pan o nitce pamięci II Rzeczypospolitej. Większość dorosłego i świadomego życia spędził pan jednak w PRL-u.

-Wtedy, muszę przyznać, nie miałem nici. Coś się stało – pękła, zetlała… Zacząłem więc sam snuć coś, co naśladowało nić, żeby jakoś ciągnąć to życie. Od początku zdawałem sobie sprawę, że jest to kolejna okupacja: twarda, ciężka, chamska, krwawa. Ci, którzy nie powąchali wcześniejszej władzy sowieckiej, mieli idealistyczne wizje, że „wyzwolicieli” nakryjemy czapkami. Strasznie dużo by potrzeba tych czapek i wróg musiałby być niegroźny. Potem Radosław wydał nieszczęsny rozkaz ujawnienia się. Byłem przeciwny. Dlaczego konspiracja miałaby ujawniać się wobec kolejnego wroga? Uważałem, że ta decyzja opiera się na niebezpiecznych złudzeniach, które doprowadzą do śmierci dziesiątków tysięcy młodych ludzi.

-Czy złudzenia te wynikały z naiwności czy z rozpaczy?

Z naiwności. Lecz przede wszystkim z zadufania, że i tak damy sobie radę, że czapek wystarczy.

-Kiedy prysły te złudzenia?

-Nie wiem. Straciłem kontakt z tamtymi środowiskami. Dałem nogę. Zdaje się, że nawet szukali mnie jako dezertera, ale ja już wtedy byłem w innej, dobrze uzbrojonej armii. Dwa lata trwał mój kontakt z „bandytami z lasu”. Wycofałem się, gdy doszedłem do wniosku, że partyzantka się degeneruje, że lepszym pomysłem jest tupamaros (partyzantka miejska). Każdy człowiek pragnie usprawiedliwienia swych decyzji, ale czułem i do dziś czuję szacunek do tych, którzy pozostali do końca wierni przysiędze, w lasach, bez nadziei.

-Romantyczna tradycja irredenty nie była wtedy przesadnie popularna.

No cóż, po klęsce Polacy stają się niesłychanie pragmatyczni. Mówiono wtedy: głosujemy na Mikołajczyka, a nawet na PPS, która jest partią z tradycjami, bo chłop w sojuszu z robotnikiem wszystko przewali. Ten dziki mit pokutuje zresztą do dzisiaj, choć wtedy skończyło się sfałszowaniem wyborów, zaś dodatkowo PPS Cyrankiewicza nie miała nic wspólnego z partią Ciołkosza.

-Czy pragmatyzm socjalistów widoczny był przed zjednoczeniem?

Już przed wojną niektórzy socjaliści kombinowali z komuną. Są na to dowody. Ale stanowili oni margines. Po Jałcie niemal wszyscy jednak uznali, że można coś wygrać. Wśród pragmatyków niektórzy budzili moją zwykłą ludzką sympatię. Na przykład Bolesław Drobner. Pamiętam, że przed wyborami 1947 roku odbył się wiec w Akademii Górniczej. Najpierw przemawiał Szwalbe, wiceprzewodniczący KRN, wielka persona. Metodą głośnego chrząkania zupełnie go zagłuszyliśmy. Wtedy na trybunę wskoczył mały, zadziorny jegomość – Drobner. Powiedział: „Ze mną tak łatwo nie pójdzie, przed wojną manifestowałem na 1 Maja, konna policja szarżowała, nie bałem się. Zagłuszanie to nie metoda”. Powiedział też, jak i teraz się mówi, że Polska „jest, jaka jest”, „prawo jest, jakie jest”, dał do zrozumienia, że nie całkiem godzi się z nowym porządkiem, ale nie widzi żadnego politycznego wyjścia. Dostał oklaski. A więc byli i tacy „organicznicy”.

-W tamtym okresie komuniści trzymali w jednej ręce nagan, lecz w drugiej smakowitą marchewkę…

-Owszem. Na przykład znaczną część placówek dyplomatycznych obsadzili pisarzami, jak Przyboś, Miłosz, Pruszyński i inni, choć ten ostatni nigdy nie ukrywał, że nie jest wielkim amatorem komunistów, raczej margrabiego Wielopolskiego. Przedtem musieli oni przejść oczywiście „próbę ognia”. Nasz noblista na przykład pisywał felietony w prasie codziennej. Tylko strach może zmusić zdrowego na ciele i umyśle mężczyznę do takich ekscesów, konformizmu i kłamstwa. Odradzałbym „Arce” publikowanie tych tekstów. Argumenty: wiek, był moim mistrzem. Tego się nie zapomina – dług wdzięczności na wieki.

-Zaskakująca spolegliwość! Kiedy pan poznał Miłosza?

W 1958 roku w Paryżu. Był wtedy najsympatyczniejszym i najbiedniejszym poetą wielkiej klasy. Z Miłoszem przeżyłem liczne, niekończące się pijaństwa, z tanim winem, oczywiście, i rozmowy, które mi bardzo dużo dały. Jest on o pokolenie ode mnie starszy. Spotykaliśmy się przynajmniej dwa razy w tygodniu, mieszkał pod Paryżem, rozstawaliśmy się około północy, wraz z ostatnim pociągiem. Po „wybraniu wolności” Miłosz trafił podwójnie źle. Paryż był wówczas całkowicie lewicowy i sytuacja Miłosza była dwuznaczna: bo choć jeszcze w czasie okupacji przywdział kostium lewicowca, to potem zdradził ojczyznę socjalizmu. Wszyscy, z wyjątkiem Camusa, traktowali go z dystansem, ale wydawali mu książki Za jedną dostawał sto franków czy coś koło tego. Miał żonę, dwoje dzieci, było mu bardzo ciężko. Uratował go wyjazd do Ameryki, gdzie znalazł posadę.

-Czy w tych paryskich alkoholowych zbrataniach Miłosz był szczery?

-Nie do końca. W gruncie rzeczy jest on zaplątany w sobie. Najważniejszy jego problem to b r a k poczucia tożsamości. Na ten poważny feler psychiczny znalazł radę: ogłosił się obywatelem Wielkiego Księstwa Litewskiego czy Republiki Obojga Narodów. To ładne i bardzo wygodne, a przy tym zwalnia od wszelkich obowiązków wobec aktualnej rzeczywistości Jak ktoś inny, niezadowolony z otaczającego go świata, mógłby powiedzieć: „Jestem Ateńczykiem z czasów Peryklesa, a te wasze spory w dzikiej północnej Europie nic mnie nie obchodzą”. Ja mógłbym powiedzieć, że jestem obywatelem Galicji i Lodomerii i pracuję nad tym, jak związać na wieczność ukochaną Galicję i Lodomerię z ukochanym Cesarzem.

Miłosz jak mityczny Proteusz ma tysiąc postaci – jest drzewem i obłokiem, strumieniem i skałą. Może ta zdolność do metamorfoz (także politycznych) jest cechą wybitnych poetów. Może, choć wątpię. Natomiast zgadzam się z Miłoszem, że nawet w czasie pożaru można i należy opisywać zachody słońca, aby nie wygasł mit arkadyjski, abyśmy nie wątpili, że szczęście jest osiągalne.

-Jednak broni pan Miłosza.

Wszystkie kłopoty wynikały z cech jego charakteru. Powiedział mi kiedyś: „Rozumiesz, ja chciałem i chcę służyć…”. Naprawdę są tacy ludzie. Uważają, że swoją twórczością muszą komuś lub czemuś służyć. To znaczy być potrzebnym. Łudzić się, że jesteśmy potrzebni.

-Potem spotkał się pan z nim dopiero w USA.

-Był to 1968 czy 1969 rok. Powiedział mi – na trzeźwo – że trzeba przyłączyć Polskę do Związku Radzieckiego. Ja na to: „Czesiu, weźmy lepiej zimny tusz i chodźmy na drinka”. Myślałem, że to żart czy prowokacja. Lecz gdy powtórzył to na kolacji, gdzie byli Amerykanie, którym się to nawet bardzo spodobało – wstałem i wygarnąłem. Takich rzeczy nie można mówić – nawet żartem.

-Skąd wtedy u Miłosza takie pomysły?

On jest człowiekiem rozdartym: o nieokreślonym statusie narodowym, metafizycznym, moralnym… Gnozą się bardzo zajmował – ja zresztą też, dopóki nie doszedłem do wniosku, że jest to niebezpieczne zawracanie głowy. Nie spotkałem bowiem absolutnego zła poza rasą ludzką. Przyznaję jednak, że gnostyczna wiara bardzo pomagała znosić komunizm, ale także usypiała naszą aktywność: bo jak powalić jednym zamachem Lucyfera i czy walka z I sekretarzem, w którego wstąpił szatan, ma sens. Bawi się tym Kołakowski, być może aby zagłuszyć wyrzuty swego sumienia, na którym ciąży niejedno.

-Powiedział pan kiedyś, że w tamtych latach nie wierzył pan, iż dożyje końca komunizmu. Historia nas jednak zaskoczyła: przyszedł rok 1989. Nie było jednak tak jak w 1918 roku karmanioli na ulicach.

-Sam zastanawiałem się, dlaczego budząc się co dzień ze świadomością, że żyję w niepodległym kraju – odczuwam pewien dyskomfort. Myślę, że wynika to stąd, że nie wywalczyłem tego. Niepodległość dostaliśmy w prezencie od historii, za wolność nie zapłaciliśmy ani kropli krwi Odbyło się to tak, jakby komuniści nagle zmądrzeli i powiedzieli: „Już dalej nie będziemy robili tych wszystkich świństw, eee tam, chodźmy lepiej na wódkę…”. Jak Polak z Polakiem.

Jeśli jednak ktoś rzeczywiście walczył o tę niepodległość – to była Armia Krajowa przez długich pięć lat, której wysiłek określono wraz z Powstaniem Warszawskim – jako daremny i politycznie niesłuszny. A także polskie oddziały walczące w lasach już po „wyzwoleniu”. A jeszcze ci, co ginęli w lochach i kazamatach bezpieki. Mam nadzieję, że zabrzmiało to dostatecznie faszystowsko.

-Na początku nie było radości, a potem poszło krzywo. Czy do wolności nie byliśmy przygotowani, czy komunizm jest chorobą, która się za nami wlecze?

Trudno być analitykiem własnych szaleństw, a za nie przede wszystkim odpowiedzialne są elity. W czasach konspiracji, zarówno tej w latach stalinowskich, jak i późniejszych, nie było żadnej grupy ludzi, która zastanawiałaby się, jak zagospodarować Polskę po wyzwoleniu. W okresie okupacji, owszem, zbierali się profesorowie, fachowcy i tworzyli precyzyjne koncepcje odbudowy przyszłej Rzeczypospolitej. Genialny architekt Nowicki opracował, na przykład, świetny plan urbanistyczny Warszawy… A my byliśmy całkowicie nieprzygotowani. Nie wierzyliśmy w zwycięstwo, choć gdzieś w duszy tkwiło przekonanie, że trzeba od czasu do czasu powalczyć. Co jednak robić po wygranej, jak potraktować pokonanego przeciwnika – o tym nie myślał nikt. No, i ten nieszczęsny okrągłostołowy poród nie zakończył się nawet cesarskim cięciem, lecz wymóżdżeniem płodu. To straszne porównanie, zaraz pewnie zaprotestuje pani Boba, ale coś w tym jest. Ja sam czułem wtedy ucisk tych kleszczy na własnej czaszce.

-Za stan obecny odpowiedzialne są nie tylko elity polityczne, jak pan stwierdził, nieprzygotowane do sprawowania rządów, ale także i elity intelektualne. Przed kilku laty postawił im pan ciężkie, prokuratorskie zarzuty, że w okresie stalinowskim kierowały się strachem, pychą i interesownością. Stwierdził pan też, że tylko dlatego potem ludzie ci przeszli do opozycji, że zostali przegnani z dworu Gomułki, który nie lubił inteligentów. W opublikowanym rok temu w „Tygodniku Solidarność”, tuż po wyborach 19 września, artykule Wierność nazwał pan czasy po 1989 roku okresem zapaści semantycznej. Jest to inna nazwa zakłamania języka, o którym mówił pan dziesięć lat wcześniej.

Wielu z nas sądziło, że po 1989 roku choć nie zbudujemy od razu raju na ziemi, to przynajmniej otrząśniemy się z dawnego kłamstwa. Nie było to możliwe, ponieważ ludzie elit tłumaczący swe dawne postawy ukąszeniem heglowskim (według mnie było to raczej ukąszenie Bermanem) nie stworzyli języka prawdy. A przecież podstawowym obowiązkiem intelektualisty jest myśleć i mówić prawdę. Za to społeczeństwo im płaci. Myśleć to znaczy zastanawiać się nad tym, kim jesteśmy i jaka jest otaczająca rzeczywistość. Oznacza to siłą rzeczy odpowiedzialność za słowo. Dziś nikt nie jest w Polsce za nie odpowiedzialny. Doszło do tego, że nikt się za nic nie obraża; można Szczypiorskiego nazwać potworem konformizmu i mistrzem banału, a po nim spływa, jak woda po kaczce, można z dezynwolturą nazwać Jaruzelskiego bohaterem, a Kuklińskiego zdrajcą. Jest to spadek po marksizmie z jego przewrotną dialektyką i logiką. W logice tradycyjnej mówi się: jeśli p, to nie q; w marksizmie zaś: jeśli p, to nie p.

-Dialektyką była świetnym treningiem do relatywizowania wszystkiego.

Tak jest! Dobry marksista, podobnie jak dobry sofista, z równym powodzeniem bronił niewinności Heleny, jak i udowadniał, że jest dziwką. Zawsze najbardziej interesowały mnie geneza i finał, nawet książki tak czytam, że najpierw poznaję bohaterów, a potem czytam ostatnią stronę i widzę ich w trumnie, przed ołtarzem lub na koniu… Geneza obecnej zapaści semantycznej sięga lat pięćdziesiątych. A więc „wierni dialektyce” są po dobrym treningu. Nie wypowiadają sądów intersubiektywnych, lecz traktują język jako obronę lub napaść: „Za Bieruta pisałem to, za Gomułki coś innego” itd., ale zawsze w rytm historii, to znaczy w rytm uchwał plenum. A więc: zdrada języka, zdrada jednoznaczności pewnych pojęć. Ci, których krytykuję, są bardzo subtelni, relatywizują, analizują tło historyczne i uwarunkowanie, a ja, prostak, upraszczam. Twierdzę, że najpierw trzeba rzecz przedstawić możliwie prosto, bez zdań warunkowych, a dopiero potem zastanawiać się nad minusami. Zmarły niedawno Popper, już jako bardzo stary człowiek, podczas dyskusji, gdy ktoś niezbyt precyzyjnie używał słowa na przykład „determinizm”, stukał laseczką i pytał: „W jakim sensie użył pan tego pojęcia?”. Jedną z podstawowych rzeczy, której uczono nas w gimnazjum przed wojną, były zasady dyskusji Tłumaczono nam, że nie jest to walka na kłonice, lecz próba jasnego sprecyzowania własnego stanowiska, że liczą się nie autorytety, lecz argumenty. Dyskutanci są właściwie sprzymierzeńcami, którzy wspólnie poszukują prawdy.

-Po wywiadzie z Jackiem Trznadlem zaczęły się na pana ataki. Pański przyjaciel Adam Michnik ubolewał, że z pozycji olimpijskich – jak w Potędze smaku – zszedł pan do trywialnej jednoznaczności. Od tego czasu tak zwane środowisko lewicowej opozycji laickiej, dziś skupione wokół „Gazety Wyborczej”, wyraźnie dystansuje się od pańskiej osoby i od pańskiej twórczości.

-Z Michnikiem bardzo się przyjaźniłem. Teraz jest to dla mnie zamknięta historia. Dlaczego nasza przyjaźń się skończyła? Otóż, przestałem rozumieć meandry jego myślenia, wierzyłem w jego intelekt, a także w zwykłą uczciwość – zawiodłem się.

Nie rozumiem, dlaczego tylu moich znajomych oburza, gniewa, irytuje Michnik. Jest on klasycznym przykładem kariery komunistycznego Dyzmy. Smutna historia wyjątkowo uzdolnionego, pełnego talentu chłopca, który doszedł do lat, kiedy to ludzie natarczywie pytają: „Co on właściwie zrobił z całą swoją heroiczną młodością?”. A on stacza się po równi pochyłej, w gorączkowy aktywizm. Cynizm godny admiratora Księcia i najpospolitszy nihilizm.

Zawiódł niemal wszystkich swoich przyjaciół, został wierny konfekcji. Nosi dalej blue jeansy, jakby dla podkreślenia, że nadal przyświeca mu cnota ubóstwa. Napisał ongiś książkę o Kościele i lewicy oraz szkice o współczesnej literaturze polskiej; naiwne, żarliwe – ujmujące.

Teraz jest już tylko w swojej papierowej cytadeli otoczony grupą zapalonych wyznawców i wyznawczyń. Słyszałem „młodego”, bo zaledwie czterdziestoletniego chłopca, kiedy mówił, że kocha Michnika i poszedłby za nim w ogień. Równo czterdzieści lat temu słuchałem innego chłopca, który kochał Piaseckiego – wodza PAX-u. Tak więc nowy, groźny schemat: charyzmatyczny wódz, zaślepieni wyznawcy.

-Z czego biorą się takie postawy?

To chyba zapisane jest w genach…

-Jak pan zatem wytłumaczy fenomen, że formacja skażona totalitarną wypustką w genach dziś masowo wyznaje liberalizm? Czy to autentyczna przemiana, czy kolejny dowód zakłamania?

-W Ameryce w latach trzydziestych liberałami byli w rzeczywistości komuniści i kryptokomuniści. Dziś wydaje mi się, że liberalizm to najbardziej banalne i najbardziej wulgarne słowo ze współczesnego polskiego słownika politycznego, gdyż usprawiedliwia każdy leseferyzm: i gospodarczy, i moralny. Jest to kolejny wybieg służący do zamazywania pojęć.

-Czy obecne źródła zapaści semantycznej nie biorą się przede wszystkim z doraźnej polityki, świadomej próby zatarcia różnic między III RP a PRL-em?

Za to zatarcie różnic odpowiedzialne są nie tylko nowe elity, ale te dawno utworzone. Ich hierarchia utrzymuje się do dziś. Są to elity zawodowe, nawet po śmierci – elity trupów. Na przykład Andrzejewski uważany jest nadal za najwybitniejszego powojennego pisarza, choć według mnie jest ledwie przeciętny, a Popiół i diament to książka wręcz haniebna.

-Nowy Świat i okolice bardzo zmieniły się przez lata. Kawiarnie Związku Literatów, w Czytelniku i SPATiF-ie świecą pustkami. Część pańskich przyjaciół „wyemigrowała w błękity”, część „wybrała bezpieczne porty”. Leopold Tyrmand podążył tą pierwszą drogą…

-Z Leopoldem przyjaźniliśmy się. Przybierał w stosunku do mnie protekcjonalne tony starszego kolegi i preceptora. Pasjami lubił mnie prowokować. Któregoś dnia szliśmy Nowym Światem i on nagle powiedział: „Doszedłem do przekonania, kim naprawdę jesteś: szmatą spod piwem zalanych stołów”. Ja nic. Więc on jeszcze raz, głośniej: „Szmata spod piwem zalanych stołów!”. Był bardzo niezadowolony, że nie udało mu się wyprowadzić mnie z równowagi. Cały Lolek. W pewnym momencie nasze stosunki jednak wyraźnie się ochłodziły. Nie wiedziałem dlaczego, wreszcie wspólny znajomy wyjaśnił mi, że Leopold ma do mnie żal, iż drukuję w „Twórczości”, którą rzekomo redaguję, a która go niszczy (nigdy nie byłem w redakcji żadnego pisma literackiego w PRL-u i potem). Istotnie, w „Twórczości” Andrzej Kijowski zamieścił wyjątkowo głupią i ordynarną recenzję, która kończyła się: „Tyrmand jest pisarzem dla gówniarzy”. Nic z tym nie miałem wspólnego. Tyrmand, pryncypialny aż do przesady, potraktował to jako moją nielojalność. Wychowany na Hemingwayu był w męskich przyjaźniach po prostu fanatykiem lojalności. Spotkaliśmy się raz jeszcze w Nowym Jorku, zaprosił mnie do siebie. Chłód jednak pozostał. Trudno mi było przepraszać go za coś, czego nie zrobiłem. Żałuję do dziś, że wtedy nie rozpocząłem rozmowy, która by wszystko wyjaśniła.

-W swoich Dziennikach Tyrmand ciepło, niemal czułostkowo, napisał jedynie o panu i o Kisielu. Innych nie oszczędzał: Iwaszkiewicza, Konwickiego, Brandysa.

-Pójdę w jego ślady. Całe życie walczyłem z Iwaszkiewiczem, ale teraz chciałbym się z nim pogodzić. Jego zasługą było to, że bronił członków Związku Literatów. Zdawał sobie jasno sprawę, że zalewa nas Wschód; miał tę fobię wschodnią, zbliżanie się barbarzyńców. Bał się, że znów będą ginąć masowo ludzie, rozpadać się kościoły, pałace i księgozbiory. Uznał jednak, że z nowym panem trzeba się jakoś dogadać. Nie podpisywał listów protestacyjnych, ale w sprawach krytycznych interweniował nawet u Jabłońskiego (na przykład o ułaskawienie braci Kowalczyków). Mimo to wszyscy na niego pluli. Czasami zastanawiam się, jak znalazłby się w naszej wolnej Polsce. Czy z pióra udałoby mu się związać koniec z końcem? Widzę tego starca, jak siedzi opuszczony w Stawiskach, dach przecieka, właśnie podrożał prąd (władze nie kwapią się już z refundacją wydatków), a wszyscy koledzy dalej mu wypominają, że pozwolił się omotać czerwonym. Przyznam, że kiedyś czekałem mściwie na taki rozwój wypadków. Ale teraz pojechałbym do niego i powiedziałbym: „Jarosławie, nareszcie rozumiem cię lepiej”. Swoją drogą, czy wypadałoby mu dziś pójść do Czytelnika i prosić o wydanie jakiejś noweli? Z kim uzgadniać miałby warunki, z Komarem, tym narcyzem, choć niewątpliwie miłym człowiekiem? Podejrzewam jednak, że Jarosław na pewno by sobie poradził w nowej rzeczywistości. Oprócz życiowej zaradności miał przecież wielki talent i ogromny dorobek.

Zejdźmy jednak o wiele, wiele oczek niżej. Kazimierz Brandys. Marzyło mu się, żeby zostać ulubionym pisarzem „Solidarności”, ale całe kilogramy jego twórczości okresu błędów i wypaczeń nie nadawały się do wznowienia. Zresztą doskonale zdawał sobie z tego sprawę. W latach siedemdziesiątych przychodził do dyrektora PIW-u, Andrzeja Wasilewskiego, i żądał: „To ma być wydane w nakładzie stu tysięcy, a tamto w nakładzie pięćdziesięciu tysięcy egzemplarzy”. Wasilewski mówił: „Dobrze, ale wydamy również Obywateli”. Tu partyjny dyrektor trafiał w sedno, Brandys, trzepocząc rączkami, wybiegał z krzykiem, że go szantażują. Teraz mieszka w Paryżu, jak Norwid, tylko bardziej komfortowo. Wylądował tu, jak wielu innych, jako ofiara polskiego antysemityzmu i komunizmu. Ale nieskalane socjalistyczne serce nosi dalej po lewej stronie. Wielkoduszny prawicowy Chirac i wielu innych, którzy mu pomagali, wiedzą o nim tylko tyle, że jest wielkim pisarzem prześladowanym przez rodaków, o czym zresztą pisze często i z zamiłowaniem. Jest jednym z tych, o których Zygmunt Hertz mówił: „Są dwa rodzaje ludzi: noszeni i noszący”. Brandys jest „noszony”. W jakiejkolwiek sytuacji by się znalazł, z rzeki wychodzi sześćdziesięciu Murzynów słaniających się z głodu i przenoszą go w lektyce na drugi brzeg – „ku chwale Ojczyzny”.

Tadeusz Konwicki. Jest on najzdolniejszym polskim prozaikiem. Talent – dar Boga – wymaga jeszcze charakteru, a o to musi starać się sam twórca. Zdarzały mu się książki, takie jak Na budowie. Zanim przeszedł do opozycji, a jak każdy Litwin zastanawiał się bardzo długo, został piewcą oszukanej przez reakcyjne dowództwo młodzieży AK, która stacza się w piekło rabunków, gwałtów, zbrodni. To, że utwory te bardzo podobały się partii, nic dziwnego. Trudno zrozumieć natomiast, dlaczego uchodziły za niesłychanie odważne i uczciwe. W jednej z ostatnich książek Konwicki opisuje spotkanie z Tyrmandem w Nowym Jorku. Jako rasowy pisarz nie wymienia Tyrmanda z nazwiska, ale nazywa go „człowiekiem w kolorowych skarpetkach”. Ładne, co? Otóż „człowiek w kolorowych…” zachowuje się jak szaleniec, krzyczy, pieni się, szydzi z biduli-pisarza krajowego, ten zaś kocha go i Złego czytał na kolanach. Nie zna natomiast Dziennika 1954. Czyżby? W ramach świadczenia sobie drobnych usług przesyłam odpowiedni fragment, bo chyba pamięć Konwickiego zawodzi – i to on właśnie, a nie „człowiek w kolorowych skarpetkach” – darł się i złorzeczył pod nowojorskim niebem: „Pastwiono się nad niejakim Konwickim – młodym literatem, posłusznym i oddanym człowiekiem partii i wszelkich jej młodzieżowych przybudówek. Napisał opowiadanie o miłości. Z wszystkimi akcesoriami jak trzeba: szlachetny oficer UB, kochankowie pierdolą się niemal pod kontrolą podstawowej organizacji partyjnej, nigdy przeciw, zawsze za i ze Związkiem Radzieckim, w łóżku nieustanna mowa o proletariacie. A jednak okazało się «nie takie». Ludzie w wieku przydrożnych kamieni, o powierzchowności karłów i maszkar – Melania Kierczyńska, Adam Ważyk – informowali ludzi w średnim wieku i o normalnym wyglądzie o tym, co to jest spółkowanie – dojrzałe, klasowo odpowiedzialne, a nie animalistyczne, wynaturzone, amerykańsko-imperialistyczne. Ta Kierczyńska, szara eminencja czerwonej literatury, na oko koszmarny zlepek wyschłych kości i brodawek, która w życiu wypełnionym walką o socjalizm, i przy swej urodzie, kutasa widziała chyba tylko w atlasie anatomicznym, pouczyła nas, że zdrada małżeńska jest przeżytkiem kapitalizmu i zniknie w nowej erze. Noweli Konwickiemu już chyba nie wydrukują: twarze partyjnych wieszczów i mędrców pokryły się starczym wypiekiem pod wpływem tematu, audytorium jakby spuściło się za pomocą brandzlu o Wedekindach i Havelock Ellisach, odwiecznych symbolach ich bezzębnej seksuologii, czyli Konwickiego niezdarny produkt może iść na złom bez zatruwania zajętego odbudową Warszawy narodu. Litowałem się nad sobą, nie nad Konwickim; ten ma w końcu, co sam chce, o co się stara i walczy; zresztą odpowiednie komórki zawsze podsuną mu parę złotych, z głodu nie zginie, póki ma partyjną legitymację w kieszeni Ale ja?”.

Potem Konwicki, gdy wypisał się z partii i drukował w NOW-ej – dalej był na fali. Należał do salonu, w którym noszono się nawzajem na rękach: Holoubek, Konwicki, Szymańska, Słonimski.. Śmietanka, nic lepszego nie można było znaleźć w całej Warszawie. Ja lubię książki Konwickiego, bo jest w nich jakaś ludowa prostota, coś śpiewa, gra, jest uroda języka, zapach ziemi. Myślę, że Konwicki nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Mam nadzieję. A może już się tylko śpiewnie jąka.

O dziwo, wśród moich kolegów po piórze było wielu wojskowych z całkiem wysokimi szarżami: Dobraczyński (generał), Ważyk (major), Sandauer (nie pamiętam stopnia wojskowego, ale nic dziwnego, że w stanie wojennym tak smakowała mu żołnierska zupa z kotła), Żukrowski (bodajże pułkownik). A propos, ten ostatni debiutował miłą książką w tradycji końsko-patriotycznej: Kasztanka czy Łaciata… Jeden z rasowych, pożytecznych idiotów. Jego już nic nie wyprostuje. Nawet wolny rynek.

-No właśnie, jaki jest wpływ wolnego rynku na sytuację pisarzy? Utracili mecenat państwowy, a instytucje takie jak fundacje – typowe dla krajów zachodnich – jeszcze u nas nie powstały. Czy nie obawia się pan, że z tego powodu w polskiej literaturze nastąpi luka pokoleniowa?

-Zawód pisarza czy, jeszcze gorzej, poety nie wiąże się dziś z wielkimi zarobkami. Ba, często nie wystarcza na utrzymanie. Mam przyjaciela – Marka Nowakowskiego, którego twórczość bardzo cenię i staram się dokładnie obserwować. Też mu bardzo ciężko, choć jest autentycznym pisarzem. Coś tam pisze czasem do gazet, podobno z tego żyje. Ale się nie skarży.

Jestem za trudnymi warunkami, bo ci, którzy je przetrzymają, będą bez wątpienia najlepsi. Dziś nie wierzę w mecenat w Polsce. Naszym nowobogackim daleko do Medyceuszy. Mam jednak nadzieję, że nawiążemy do rodzimych tradycji, przecież w XIX wieku posiadanie pieniędzy zobowiązywało do wydawania ich także na szczytne cele.

-Sienkiewiczowi naród kupił dworek…

-…lecz we Francji nikt Flaubertowi nie podarował nawet kawalerki. To właśnie był polski fenomen: admiracja pisarzy uznanych za wyrazicieli tęsknot narodowych. Dziś tego nie ma.

-Wśród majętnych ludzi, a zwłaszcza ich żon, rozpoczęła się niedawno moda na zapraszanie do swych pałaców malarzy, poetów, rysowników.

-Bardzo mi się to nie podoba. To najgorsze, co może spotkać ubogiego artystę – przez dwa tygodnie kawior i szampan, a potem znów bar mleczny. Wyobrażam sobie tego młodego poetę, jak cedzi przez zęby strofy swego wiersza, patrząc z nienawiścią na otaczający go przepych i tłustą gospodynię, całą w brelokach…

-Nuworysze mogą narzucać przemijające mody, ale nie staną się autorytetami. A może nie są dziś w Polsce potrzebne autorytety?

Historia rzadko obdarza narody przywódcami z prawdziwego zdarzenia. W przedwojennej Polsce był Piłsudski, później już nikt, no bo kto: Bierut, mali czynownicy? Należy jednak zrobić wszystko, by odbudować imponderabilia i autorytety. Ich brak bowiem to dla losów narodu śmiertelne zagrożenie. Nie będzie to łatwe, liberałowie nie znoszą autorytetów.

-Doświadczenie komunizmu było dla nas dramatycznym, strasznym przeżyciem. Czy bez ekspiacji jest szansa wyleczenia z tamtej choroby?

-Praktyka wykazała, że wszystkie ciemne plamy historii wcześniej czy później wyłażą spoza pozłotki. Tak było we Francji, w USA. Należy borykać się ze swą przeszłością, podobnie jak zrobili to Niemcy po II wojnie światowej. Była to ogromna, masochistyczna praca, ale udało im wyzwolić się ze strasznych kompleksów hitleryzmu, pokazać światu obraz nowoczesnych Niemiec.

-Co będzie z nami, skoro się nie leczymy?

Obawiam się, że zupełnie zidiociejemy. Nie wiem, czy już nie jest na to zbyt późno, ale powinniśmy rozpocząć nowoczesną edukację narodową – bez kompleksów. Sytuację bowiem mamy komfortową, brak poważniejszych zagrożeń zewnętrznych. Jedyne, co stoi na przeszkodzie, to nasze powszechne wady: zakłamanie, zakochanie w sobie, megalomania. To narcyzm ludzi ubogich, odtrąconych przez możnych tego świata. Wielką pracę samokształceniową – jasne zdanie sobie sprawy z naszych win i ułomności – należałoby rozpocząć od szkól, od napisania nowych podręczników, w których precyzyjnie określimy, kim jesteśmy. Sam byłem i jestem zwolennikiem lustracji, i będę domagał się jej jako obywatel. Przypuszczam jednak, że z niewielkim skutkiem.

-A może jakimś rozwiązaniem w sprawie lustracji byłoby przywrócenie w III RP tradycji pojedynków?

-Nie sądzę. Według kodeksu Boziewicza panowie ci nie mieliby „właściwości honorowych”.

/ Źródło:Tygodnik Solidarność – 11 listopada 1994/
/Na zdj. Anna Poppek/