Zanim poznałem Zbigniewa Herberta, był dla mnie postacią z encyklopedii, mieszkańcem Parnasu, gdzie zwykli ludzie nie przychodzą nawet z wizytą

W lipcu 1993 r. do „Tygodnika Solidarność” dotarła korespondencja zaadresowana: „Do działu listów”. Listów do redakcji przychodzi dużo, do druku wybierane są najciekawsze, pierwsza selekcja odbywa się w dziale listów, drugą robi sekretarz redakcji. Gdy już wyselekcjonowane 3-4 listy trafiły na moje biurko, ze zdumieniem zobaczyłem, że na końcu kartki napisanej na maszynie, gdzie autor odniósł się krytycznie do emitowanego przez telewizję publiczną filmu B. Poręby „Gibraltar”, zawierającego – jak napisał – stek kłamstw, widnieje odręczny, dosyć niewyraźny podpis: Zbigniew Herbert.

Było to tak nierzeczywiste, że w przekonaniu, iż ktoś robi kawał (a znam kilka takich przypadków), zatelefonowałem do poety, choć zdobycie zastrzeżonego numeru nie było łatwe. W słuchawce odezwał się kobiecy głos. Przedstawiłem się i spytałem, czy pan Herbert wysłał list do „Tygodnika Solidarność”. ? Ależ tak, jestem jego żoną i sama wrzuciłam go do skrzynki. Czyżby w roztargnieniu zapomniał się podpisać? – Nie zapomniał, tylko – próbowałem wybrnąć z sytuacji – atrament z wiecznego pióra pana Herberta trochę się rozlał i podpis był mało czytelny.

Stały autor

Dwa miesiące później, tuż po klęsce wyborczej roku 1993, kiedy komuniści zaledwie w cztery lata po odzyskaniu niepodległości w wyniku wolnych i demokratycznych wyborów znowu przejęli władzę, Herbert przysłał nam (już nie do działu listów) swój pierwszy tekst publicystyczny. Wtedy, gdy wszyscy przeżywaliśmy kaca, zadając sobie dramatyczne pytanie: Jak to się mogło stać? – on swój tekst zatytułował „Wierność” – „TS” nr 263 z 1.10.93. I chociaż gorzko zabrzmiała diagnoza, że ze społeczeństwem, które znajduje się w ciężkiej zapaści semantycznej, można wszystko zrobić, to jednak kończy Herbert swoją wypowiedź nutką nadziei: Wydaje się, że wielu naszych Rodaków najwyżej ceni cnotę wierności. To wina Historii, że podpowiada ona często ? kompromis.

Potem przyszły teksty następne, zawsze już zapowiadane telefonicznie. Były okazje do krótkiej rozmowy, prowadzonej zazwyczaj przez Herberta w tonie kpiarsko-żartobliwym (Czy widziałby pan możliwość zamieszczenia mojego tekstu?), aż któregoś dnia zdobyłem się na odwagę i spytałem, czy nie zgodziłby się udzielić nam wywiadu.

Odpowiedź była wymijająca, ale dająca nadzieję. Poeta stwierdził, że jeśli zdecyduje się ? sam zadzwoni. I tak też się stało. 27 października 1994 r. zatelefonowała żona Herberta, pani Katarzyna i powiedziała, że za dwa dni, o godz. 11, mąż oczekuje mnie u siebie w domu. Wpadłem w panikę, czasu na dobre przygotowanie się do wywiadu było bardzo niewiele. Obłożony książkami Herberta, tekstami o nim, łapczywie wysłuchiwałem opowieści jego najbliższych przyjaciół. Wreszcie wyznaczonego dnia, wraz z koleżanką redakcyjną, której mój stres z powodzeniem się udzielił, stanęliśmy przed niewielkim blokiem na Mokotowie. Chwilę wcześniej wypiliśmy -dla kurażu – po kieliszku koniaku.

Wywiad

Trwał blisko 5 godzin, po którym zmęczony gospodarz zaproponował, żebyśmy przyszli następnego dnia, na „dogrywkę”. Gdy opuszczaliśmy dom Herbertów, równie zmęczeni, a jeszcze bardziej podekscytowani, nagle – iluminacja. Poeta wybrał na wywiad dzień swoich urodzin, 70 urodzin. Następnego dnia zaniosłem, choć nie było to wcale lekkie, 70 czerwonych róż. Potem stało się to już tradycją i co roku, dodając jedną różę, wysyłaliśmy kwiaty na Mokotów. Pani Katarzyna patrzyła na nasze wyczyny z cierpliwą wyrozumiałością, bo przecież ? kto ma w domu tyle wazonów? – z taką ilością kwiatów jest zawsze kłopot.

Wywiad zatytułowaliśmy „Pojedynki Pana Cogito” i narobiło się dużo szumu. Śmiertelnie obraził się Czesław Miłosz, Adam Michnik porównany w wywiadzie przez Herberta do komunistycznego Dyzmy, na początek nabrał wody w usta, ale jasne było, że nie zapomni i nigdy nie wybaczy. I tak też się stało. Nawet w ostatnim ? dzień po śmierci poety ? pozornie hagiograficznym tekście, autor ?Z dziejów honoru polskiego? nie odmówił sobie kąśliwej uwagi, że Herbert w ostatnich latach nie ustrzegł się wzięcia udziału w polskim piekle. Ten wywiad stał się początkiem moich stałych, już nie tylko telefonicznych, kontaktów ze Zbigniewem Herbertem. Nie były one zbyt częste, choć jeśli dochodziło do naszych rozmów u Niego w domu, trwały wiele godzin.

Poeta chorował. Już w czasie wywiadu nie czuł się najlepiej, potem stan jego zdrowia wolno, ale systematycznie się pogarszał. Herbert znosił to dzielnie, z jakąś nawet zabawną i wzruszającą autoironią w stosunku do swoich dolegliwości. Ale widać było, że tak chciałby się wyrwać z tej swojej, odmawiającej mu posłuszeństwa, cielesności. Że marzy mu się włóczęga, rozmowa przy wódce przez całą noc, że chciałby znowu mocno żyć…

Nasze rozmowy

Nie było ich, jak już wspomniałem, zbyt wiele. Wypalaliśmy wspólnie w trakcie naszych spotkań tony papierosów i tylko w tym jednym mogliśmy być równymi partnerami. Może jeszcze, od biedy, gdy dyskutowaliśmy o historii najnowszej czy aktualnej polityce, którą Herbert żywo się interesował. Gorzej było, gdy chciał rozmawiać o malarstwie włoskim i holenderskim, o filozofii i jego ukochanym mistrzu Henryku Elzenbergu, o kulturze greckiej i rzymskiej, o Leonidasie, którym interesował się szczególnie, w związku z planami napisania szkicu czy większego utworu poetyckiego ? o Termopilach. Gdy Herbert podsuwał taki temat, siedziałem spocony i koncentrowałem się głównie na tym, żeby nie wyrwać się z głupią uwagą zdradzającą moją ignorancję i tak – jestem przekonany – szybko odkrytą przez poetę. Czułem się trochę jak kiepsko przygotowany do egzaminu maturalnego z geografii sztubak, który nagle może dostać pytanie: proszę wymienić prawe dopływy Dunaju ? a tu czarna dziura.

Trudno jest przekazać, jak niezwykłym rozmówcą był Herbert. I to nie tylko ze względu na jego niezwykłą polszczyznę, na czasami nieprawdopodobne skojarzenia i metafory. Często siedziałem i gryzłem z wściekłości wargi, że te cuda ulatują, że oczarowany rozmową nie jestem w stanie ich spamiętać, że nie jest ? co, rzecz jasna, nie wchodziło w grę – włączony magnetofon. Herbert posiadał niezwykły talent gawędziarski, i chociaż dygresja goniła dygresję, nagle pojawiała się zaskakująca pointa i pozorny wcześniejszy bałagan narracji spinany zostawał klamrą, tworząc wyrafinowaną i precyzyjną kompozycję. Koniecznie dodać trzeba, że poeta w rozmowie był niesłychanie mimiczny, wręcz aktorski, że z poważnego tonu błyskawicznie przeskakiwał do kpiarstwa, również celnych złośliwości, chociaż zawsze jakoś tam ciepłych, nigdy zajadłych.

Wychodziłem po tych rozmowach mokry i rozpalony, by potem w domu do późnej nocy czytać jego wiersze.

Nobel dla Szymborskiej

Konflikt Herberta ze środowiskiem tzw. lewicy laickiej, w latach 70. i 80. uważającym go za swojego idola, po odzyskaniu niepodległości skupionym wokół „Gazety Wyborczej”, nie zrodził się z tego powodu, że poeta dokonał jakiejś wolty. Było dokładnie odwrotnie! Naczelny ?GW? padający kiedyś przed poetą na kolana (Michnik uwielbia takie teatralne gesty), jakoś nie chciał po roku 1989 zrozumieć, że Herbert przez całe życie był constans. Nie tylko w czasach komuny, również w wolnej Polsce. Środowisko to darowałoby Herbertowi, gdyby zdecydował się nie schodzić z Olimpu i wypowiadał za pośrednictwem swoich wyrafinowanych, a zarazem klasycznych wierszy. Ale publicystyki drukowanej na łamach „Tygodnika Solidarność”, nazywającej rzeczy po imieniu i wprost, środowisko to nie mogło ścierpieć. Zaczęła się wojna, z tamtej strony prowadzona bynajmniej nie z otwartą przyłbicą. Pierwszą metodą oponentów Herberta było przemilczanie. Drugą – dezawuowanie. Idę o zakład, że w tym, iż Herbert nie dostał Nobla, maczali w jakiś sposób palce jego wpływowi, krajowi adwersarze. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że co najmniej kilkakrotnie był wcześniej zgłaszany do tej nagrody, że ze względu na liczne tłumaczenia jego poezji w językach angielskim i niemieckim, a także na opracowania krytyczno-literackie, był na świecie poetą znanym i uznanym. A o Wisławie Szymborskiej, z powodu braku wspomnianych atrybutów, nikt poza Polską praktycznie nie słyszał. I nie chodzi mi tu tylko o fakt, że Herbert nie został odpowiednio uhonorowany, gdyż na liście literackich noblistów jest niemało twórców drugorzędnych. Mam pretensje o to, że gdyby Herbert dostał Nobla, być może dłużej by żył… Wiem, że ciężko brzmią te słowa, ale również wiem, co piszę. Herbert przez ostatnie cztery lata ciężko chorował, a nie jest łatwo chorować w Polsce. Zwłaszcza lecząc się w publicznej służbie zdrowia. Również przy długo trwającej chorobie – trzeba mieć niemało pieniędzy. A poeci nigdy nie byli w Polsce specjalnie przepłacani.

Nie umiem się pozbyć wizji, że gdyby Herbert dostał Nobla, być może dałby się namówić na leczenie w Szwajcarii czy Ameryce. Byłoby go wtedy na to stać.

Caravaggio

Rok czy dwa lata temu – Herbert nie był już w stanie samodzielnie się poruszać – dowiedziałem się od pani Katarzyny, że mąż bardzo chciałby zobaczyć obrazy Caravaggia, czasowo eksponowane w Warszawie. Tylko jak to zrobić? Przed Muzeum Narodowym kilometrowe kolejki, a Herbert w tej kolejce na wózku inwalidzkim? Na szczęście dyrektor Muzeum wczuł się w sytuację, któregoś dnia przesunął o dwie godziny czas zwiedzania, wózek dostarczyliśmy redakcyjnym samochodem do przewozu gazet i Herbert mógł w samotności rozkoszować się żywym kolorytem i kontrastowym światłocieniem płócien mistrza włoskiego baroku.

Nagroda T. S. Eliota

We wszystkich życiorysach poety, opublikowanych w prasie w dzień po jego śmierci, jakiś przewrotny kornik wyżarł informację, że w październiku 1995 Herbert otrzymał tę nagrodę. Wymieniano inne nagrody, również mniej prestiżowe (przed Herbertem nagrodę Eliota otrzymał Ionesco), a o tej ani słowa. Czyżby niechlujstwo redaktorów, czy spetryfikowane echo zastosowanej metody przemilczania?

Wspominam tę, jak się okazuje zapomnianą, nagrodę z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że była ostatnia, a niemało zasług, żeby Herbert mógł ją otrzymać, położyła nasza rodaczka, profesor slawistyki Uniwersytetu Houston w Teksasie, Ewa Thompson – korespondentka „Tygodnika Solidarność”. To ona przetłumaczyła na angielski nasz wywiad z Herbertem i opublikowała w prestiżowych na rynku amerykańskim zeszytach naukowych „The Sarmatian Review”.

Drugi powód jest natury anegdotycznej. Otóż niewiele brakowało, żeby Herbert jej nie otrzymał. Pojawiły się trudności proceduralne. Regulamin nagrody przewidywał, że laureat musi ją osobiście odebrać, wygłaszając na uroczystości jej wręczenia stosowny referat. A Herbert nie był w stanie, nawet w towarzystwie lekarza, odbyć podróży za ocean. I tu pani Ewa Thompson wykazała się niezwykłymi talentami perswazyjnymi i dyplomatycznymi: kierownictwo fundacji nagrody Eliota zgodziło się jednorazowo i ekstraordynaryjnie odstąpić od regulaminu. A na uroczystości tekst referatu napisanego przez Herberta odczytała, rzecz jasna, pani Thompson.

Dudajew i Kukliński

Gdy wojska rosyjskie pacyfikowały Grozny i rozpoczynała się krwawa wojna o niepodległość Czeczenii ? opublikowaliśmy na naszych łamach list Herberta do prezydenta Dżohara Dudajewa, pod którym potem podpisało się bardzo wiele osób. Herbert pisał: W dramatycznych dniach, jakie przeżywa Niepodległa Republika Czeczenii, przesyłam na Pana ręce, Panie Prezydencie, wyrazy solidarności oraz naszego pełnego moralnego poparcia. Rok później, gdy w Czeczenii jeszcze trwała krwawa wojna, wybrałem się tam wraz z chłopakami z Ligi Republikańskiej. Mieliśmy ze sobą cytowany list, przetłumaczony na język czeczeński. Nie udało się go jednak wręczyć gen. Dudajewowi. Dwa dni przed umówionym już spotkaniem w górskiej kryjówce partyzanckiej, rosyjska rakieta samonaprowadzająca zakończyła życie bohaterskiego generała. Z pułkownikiem Kuklińskim sprawa na szczęście miała inny finał. Ale po kolei.

Wiosną 1994 r. Herbert opublikował na naszych łamach artykuł pt. „Szpieg” („TS” nr 228 z 25.03.94). Stając w jego obronie, napisał: Działalność pułkownika Kuklińskiego budzi mój podziw i szacunek. Po ukazaniu się tego tekstu rozdzwoniły się redakcyjne telefony. Wbrew temu, co pisały inne gazety, wbrew temu, co podpowiadały wtedy różne ośrodki badania opinii publicznej, bardzo wielu ludzi solidaryzowało się z poglądem Herberta i chciało coś w tej sprawie zrobić. Tak zrodził się pomysł głośnego „Apelu w sprawie płk. Kuklińskiego”, napisanego przez Herberta, pod którym udało się naszej redakcji zebrać ponad 30 tysięcy podpisów. Ważnym epizodem w walce o płk. Kuklińskiego był list Herberta wystosowany do ówczesnego prezydenta RP, Lecha Wałęsy. Poeta pisał w nim m.in.: Proszę, domagam się, aby jak najszybciej uznać jako nieważny haniebny wyrok, który nadal ciąży na pułkowniku Ryszardzie Kuklińskim, przywrócić mu wszystkie prawa honorowe i obywatelskie oraz przyznać wysokie odznaczenia wojskowe, za jego bezprzykładną odwagę i poświęcenie. Na ten list Wałęsa nie udzielił żadnej odpowiedzi, w związku z czym Herbert po jakimś czasie zgodził się na jego publikację.

Przyznam się, że gdy rozpoczynał się bój o płk. Kuklińskiego, nie wierzyłem, że tak szybko uda się odnieść zwycięstwo. Również nie wierzył w to Herbert, że pułkownik przyjedzie do Polski i będziemy się mogli z nim spotkać.

A subtelnych krytyków poety razić zapewne będzie moje prostackie skojarzenie ? zaangażowanie się Herberta w obronę Kuklińskiego z podobnym, przed ponad stu laty, zaangażowaniem się Emila Zoli w obronę kapitana Alfreda Dreyfusa.

Podkomendny

Na początku naszej znajomości Herbert podarował mi, wraz z dedykacją, swój tomik „Raport z oblężonego miasta”. Pod spodem tej dedykacji była zielona pieczątka:

Od tego czasu w szczególnych sytuacjach, o czym za chwilę, zwracałem się do poety: Panie Pułkowniku ? co łaskawie akceptował. On, niejako w rewanżu, tytułował mnie porucznikiem, mamiąc czasami ? nawet na piśmie, w kolejnej dedykacji ? nadzieją na awans, chociaż, dla porządku trzeba odnotować, że nie doczekałem się stopnia kapitana. Wspomniana dysproporcja w szarży oznaczała ? co było dla mnie oczywiste ? obowiązek wypełniania rozkazów Pana Pułkownika.

Dwa spotkania

Miały miejsce zaledwie kilka tygodni temu. Herbert był już bardzo chory, nie wstawał z łóżka, ale leżąc na jednym boku nadal pisał. Od dłuższego czasu, nawet gdy okresowo czuł się lepiej, zredukował spotkania ze światem zewnętrznym do zaledwie kilku osób. Ale ze spotkań z rosyjskim dysydentem Władimirem Bukowskim i Ryszardem Kuklińskim w żadnym wypadku nie chciał zrezygnować. Nie uczestniczyłem w tych spotkaniach – odbyły się w cztery oczy – ale w każdym z nich trochę maczałem palce. Zacznijmy od Bukowskiego. W czasie mojej ostatniej wizyty w domu Herbertów na początku maja i ponad trzygodzinnej rozmowy, w pewnym momencie pojawił się wątek Bukowskiego, który właśnie niedawno odwiedził Warszawę w związku z ukazaniem się polskiego przekładu jego książki „Moskiewski proces”.

Zwierzyłem się Herbertowi, że wcześniejsza książka Bukowskiego ?I powraca wiatr?, wydana w stanie wojennym w II obiegu, rzuciła mnie na kolana. I to nie tylko za jej antykomunistyczne przesłanie, ale również ze względu na niezwykłe walory literackie. Herbert zainteresował się tą książką i następnego dnia mu ją zawieźliśmy.

Tak jest, panie pułkowniku

Telefon, początek maja, późne popołudnie.

– Ma pan rację, panie poruczniku – łaskawie zaczął Herbert. – Ta książka Bukowskiego jest rzeczywiście świetna. Słyszałem, że ma on znowu przyjechać do Warszawy. Może by mnie odwiedził. – Tak jest, panie pułkowniku. Zrobię, co będzie trzeba.

A kiedy jakiś czas potem doszło już do tego spotkania, w dwie godziny po opuszczeniu przez Bukowskiego domu Herbertów ? kolejny telefon.

-Panie poruczniku, proszę notować. Dyktuję numer telefonu mojego bliskiego przyjaciela mieszkającego w Anglii, wybitnego krytyka i tłumacza – nazywa się Alvarez. Niech pan zdobędzie 3/4 litra żubrówki i przekaże ją panu Bukowskiemu wraz z podyktowanym numerem. W Anglii obaj panowie przy tej butelczynie muszą się zaprzyjaźnić. ? Czy bezwarunkowo żubrówka? ? spytałem nieśmiało. ? Bezwarunkowo. ? Tak jest, panie pułkowniku.

Z późniejszych doniesień wiem, że nowa przyjaźń przypieczętowana została nie jedną, ale dwiema butelkami żubrówki.

Jeśli chodzi zaś o spotkanie z Kuklińskim, to odbyło się ono pod ochroną funkcjonariuszy BOR-u. Herbert nie był tym dodatkowym towarzystwem zachwycony.

Kolejny telefon, połowa czerwca, północ.

– Obudziłem pana, panie poruczniku? – Ależ skąd, słucham rozkazów. – Przyjechał do Polski Witold Kieżun, mój przyjaciel z czasów studenckich. Nie widzieliśmy się kilkadziesiąt lat, jest teraz wybitnym ekonomistą, doradcą ONZ, mieszka w Ameryce – Herbert mówił z wyraźnym trudem. – Proszę zrobić wszystko, żeby jak najszybciej skontaktował się ze mną, może być jeszcze dziś, do trzeciej w nocy. – Tak jest, panie pułkowniku. Tym razem sprawa była trudniejsza. Herbert niewyraźnie wymówił nazwisko, nie ośmieliłem się prosić o przeliterowanie, ale cóż – rozkaz to rozkaz. Trop książki telefonicznej, „Who is who”, a także telefonów do wszystkich lepszych hoteli w Warszawie okazał się zawodny. Obudziłem kilku znajomych i przyjaciół, po Warszawie rozdzwoniły się telefony i… po godzinie miałem numer telefonu, który – jak mnie zapewniono – odbierze prof. Kieżun. Zadzwoniłem, przeprosiłem, że tak późno, przedstawiłem się i pełen niepokoju spytałem. – Czy pan profesor przyjaźnił się przed laty ze Zbigniewem Herbertem? – Ależ tak (odetchnąłem), czy Zbyszek jest w Warszawie? ? Tak, panie profesorze, dyktuję jego numer, prosił, żeby pan jeszcze dzisiaj do niego zatelefonował.

Oratorium

Trzy tygodnie temu wpadł do redakcji Krzysztof Piesiewicz. Był bardzo podekscytowany. -Słuchaj – zaczął – Zbigniew Preisner dostał zamówienie z Akademii Papieskiej na skomponowanie utworu muzycznego z okazji dwudziestej rocznicy pontyfikatu Jana Pawła II. Będzie w Teatrze Wielkim jesienią wielka gala, najlepsi soliści, transmitować będą wszystkie telewizje świata. I Preisnerowi zamarzyło się, żeby Herbert napisał coś na kształt libretta, to może być kilkanaście strof, które chóry wyśpiewają aż pod niebiosa. ? Krzysiu, nie gorączkuj się, to jest niewykonalne. Herbert, jak wiesz, jest chory, właśnie wychodzi z kolejnego zapalenia płuc, a poza tym on nigdy nie pisał na zamówienie.

Przez dwie godziny Piesiewicz mnie maltretował, aż w końcu uległem i zadzwoniłem. Pani Katarzyna stwierdziła, podobnie jak ja, że mąż nigdy takich rzeczy nie robił, że na pewno się nie zgodzi, ale powtórzy mu, że pojawił się taki pomysł.

Po pięciu minutach telefon. – Panie Andrzeju, można czterdzieści lat żyć z jednym mężczyzną i nie pozna się go do końca. Już oddaję mężowi słuchawkę.

– Panie redaktorze (już nie było porucznika i była to moja ostatnia rozmowa z Herbertem) spróbuję. Niech… tylko… pan Preisner… napisze… o co mu dokładnie chodzi.

Jeszcze tego samego dnia wysłany na redakcyjny fax list Preisnera trafił do rąk Herberta. Jednak cztery dni później zadzwoniła pani Katarzyna, że mąż gorzej się poczuł, że musi się wycofać, że napisał list do pana Preisnera i prosi, żebym go jakoś doręczył. Ten list z datą 19 lipca, zapewne ostatni list Herberta, kończy się takimi słowami: Chciałbym zaproponować Panu, aby zechciał Pan korzystać z dotychczasowego mojego dorobku, zwłaszcza z wierszy wcześniejszych. Mam pełne zaufanie do Pana gustu, zasług i doświadczenia. Oddaję Panu mój dorobek bez zastrzeżeń i ograniczeń.

Wenecja

W połowie czerwca przyszedł do redakcji Zdzisław Najder, wieloletni przyjaciel Herberta, nasz stały felietonista. Był wyraźnie poruszony. – Właśnie wracam od Zbyszka i wie pan przy czym go zastałem? Przy telefonie, wydzwaniał do różnych biur podróży – rezerwował bilety lotnicze do Wenecji. Kasia wpadła w panikę… Pytam, Zbyszek, czy uzgodniłeś ten wyjazd ze swoim lekarzem? A on, że owszem, że nawet lekarz zalecił mu zmianę klimatu.

Usiedliśmy w milczeniu. Literackość pomysłu wyprawy do Wenecji ciężko chorego poety, nasunęła mi nieodparcie skojarzenia z opowiadaniem Tomasza Manna. Nie ośmieliłem się podzielić tym z Najderem, myślę, że i on miał podobną wizję.

A prawda okazała się całkiem inna. Wyszła na jaw dopiero w dniu pogrzebu Herberta, kiedy to redakcyjny fax ?wypluł? wysłany z Ameryki, drukowany niżej, krótki tekst płk. Kuklińskiego który pisze:

Ze Zbigniewem Herbertem, a ściśle z Jego Zebranymi Wierszami, które podsunął mi do przetrawienia mój starszy syn, po raz pierwszy zetknąłem się na początku lat siedemdziesiątych. Od tamtego momentu duch Twórcy Pana Cogito nigdy nie opuszczał naszego domu. Osobiście Poetę Poetów los pozwolił mi poznać dopiero w maju br. w czasie mojej wizyty w Ojczyźnie. Chciałem Mu podziękować za wstawiennictwo w obronie mojego dobrego imienia. Nie pozwolił mi na to. Kiedy zostaliśmy sam na sam, mówił tylko On. Tak dużo chciał mi powiedzieć i tak mało miał sił.

Wyraził życzenie dalszych spotkań i rozmów. Chciał, aby spotkania te (prawdopodobnie z uwagi na bezpieczeństwo) odbyły się w ścisłej tajemnicy jeszcze tego samego miesiąca, a najpóźniej w czerwcu w Wenecji, gdzie zamierzał udać się na rekonwalescencję. Z tą myślą ? jak na byłego oficera wywiadu AK przystało ? wręczył mi dwustronicowy szczegółowy plan tego ?konspiracyjnego? spotkania. Inicjatywę mego Mentora przyjąłem, jako wielkie wyróżnienie losu.

Od maja, czas dłużył się niemiłosiernie, ale nigdy nie traciłem nadziei na ponowne spotkanie tego Wielkiego i tak bliskiego mi Człowieka. Dzisiejsza tragiczna wiadomość odbiera mi tę wielką szansę.

Pozostaję w wielkim bólu po odejściu Kogoś, kto odegrał tak ważną rolę w moim życiu.

Andrzej Gelberg