Tak jak w twórczości, Herbert był maksymalistą również w życiu. Grono jego przyjaciół nie było wielkie, ale jakże wybitne. To m.in. takie postaci jak Gustaw Herling-Grudziński, Czesław Miłosz, Marek Nowakowski, Jan Lebenstein. Zbigniewa Herberta poznałam w stanie wojennym. Zaprosiłam go na spotkanie w pomieszczeniach kościoła św. Mikołaja. Dzięki dominikaninowi ojcu Sławomirowi Słomie, twórcy i politycy mogli spotykać się tam z publicznością. Na niektórych spotkaniach kościół był wręcz nabity. Bardzo to denerwowało SB.

Pierwsze spotkanie

Pana Zbyszka i jego żonę Katarzynę poznałam w Domu Pracy Twórczej (ZAiKS) w Sopocie w kwietniu 1983 roku. Zaprosili mnie do pokoju na kawę, żeby porozmawiać o spotkaniu. Pamiętam, że chciał wiedzieć, jaka publiczność bywa na tych spotkaniach. Nie lubił, gdy przychodzono go tylko oglądać i pytać o sprawy doraźne. Już chyba wcześniej zastrzegł, żeby spotkanie nie odbywało się w świątyni. Z pokorą mówił, że czułby się skrępowany czytając swoje wiersze sprzed ołtarza. Rozmawialiśmy o „Solidarności”, o jej przywódcach. O generale, którego nie chciał zauważyć w swojej ponadczasowej poezji. Mówił, że gdy się zdenerwuje, to napisze o nim limeryk, po czym natychmiast wyrzuci go do kosza.

Kiedy przychodzą do mnie młodzi ludzie (…) Kiedy czytam ich wiersze, bardzo patriotyczne, bardzo słuszne, bo przeciw gwałtowi i przemocy, chciałbym powiedzieć: życie jest bardziej zawiłe, bardziej tajemnicze, bardziej skomplikowane niż partia, wojsko, policja, oderwijmy się trochę od codzienności, rzeczywiście okropnej, i starajmy się pisać z wątpliwości, niepokoju, rozpaczy” („Hańba domowa”, 1987) – powiedział później w rozmowie z Jackiem Trznadlem. Tak mniej więcej tłumaczył mi wtedy swoją niechęć do twórczości słusznej, ale doraźnej.

Jednoznacznie etyczny

Ze spotkania w św. Mikołaju bardzo był zadowolony. Czytał wiersze, które słuchano w absolutnej ciszy, w zatłoczonej salce katechetycznej. „Raport z oblężonego miasta”, choć mówił o tragicznych dziejach narodu, krzepił przecież optymizmem i nadzieją na przetrwanie wartości.

Atmosfera na tym spotkaniu była i poważna i wesoła. Wesołość wzbudziło jego opowiadanie o monotonii pracy w centralnym zarządzie torfowisk, gdzie pracował w czasach stalinowskich.

Potem poszliśmy na spacer po Gdańsku. Na obiad chciałam Herbertów zaprowadzić do restauracji Kubickiego. Już nie wiem, dlaczego wylądowaliśmy „Pod Łososiem”. Pan Zbyszek, przeglądając kartę z jadłospisem do pozycji schab, dopisał „Urbana”. Chodziło oczywiście o ówczesnego rzecznika rządu.

Po kilku dniach od tego spotkania, zaprosiłam Herbertów do mojego mieszkania w falowcu na Przymorzu. Był także Tadeusz Skutnik z żoną Grażyną. Do trzeciej nad ranem rozmawialiśmy o literaturze. O postawach twórców w czasach stalinowskich.

Nie wybaczał

Jerzemu Andrzejewskiemu „Popiołu i diamentu”, książki zakłamującej podziemie AK i przez lata zatruwającej świadomość młodzieży. Winił pisarzy, starszych szczególnie, którzy znali z doświadczenia bolszewicki system, a mimo to angażowali się w jego utrwalanie.

– Akowcy wychodzili z więzień i byli samotni; nikt na nich nie czekał. Już nie pamiętam, czy to zdanie wypowiedziała pani Kasia, czy pan Zbyszek. Nie robiłam wtedy zdjęć ani notatek. Nie chciałam tworzyć materiałów dla SB.

Następnego dnia, jeszcze będąc pod wrażeniem tego niezwykłego spotkania, zderzyłam się z brutalnością i banałem komunistycznej rzeczywistości. Do miejsca, gdzie pracowałam przyszło dwóch funkcjonariuszy SB. To że przyszli nie było dla mnie zaskoczeniem. Potraktowałam ich ostro i jednoznacznie. Ale nie mogłam przeżyć, że śmieli mi zaproponować współpracę. Przybiegłam rozdygotana do Herbertów. Przyjęli mnie niezwykle serdecznie i tłumaczyli, że tamci takie propozycje składają każdemu. Poszliśmy na spacer nad morze. Pan Zbyszek udzielił mi całkiem praktycznych porad. Mówił, żeby wszystkim o tym opowiedzieć, szczególnie księdzu.

Opowiadał, jak za nim chodził taki jeden. Aż kiedyś przyłożył mu i po tym przestał być taki nachalny. To mnie rozbawiło, a jednocześnie nie mogłam uwierzyć, by pan Zbyszek mógł komuś przyłożyć. Rady okazały się prorocze. Później SB stosując technikę dezinformacji przez swoich agentów, którzy, jak się okazało, kręcili się w kościele, rozpuszczało informacje, że jestem agentką.

Ale wtedy ten incydent nas zbliżył. I będąc w Warszawie, zawsze wpadałam do Herbertów. Rozmawialiśmy najczęściej o polityce i o konspirze. Pan Zbyszek był wówczas zafascynowany Adamem Michnikiem. Nazywał go największym przyjacielem. Później, na początku lat 90., ich drogi się rozeszły.

Przyjaźnie na Wybrzeżu

Herbert jeszcze raz przyjechał do Gdańska, na pogrzeb pisarza Lecha Bądkowskiego, redaktora naczelnego „Samorządności”, pierwszego niezależnego tygodnika na Wybrzeżu. Pani Katarzyna mówi, że ta przyjaźń narodziła się, gdy Zbyszek mieszkał w Sopocie. Ze Lwowa, gdzie się urodził, po wojnie rodzina Herbertów najpierw wyemigrowała do Krakowa. Tam Pan Zbyszek skończył prywatną jeszcze wtedy Akademię Handlową. Potem ojciec postanowił odpowiedzieć na apel o odbudowę Wybrzeża i przyjechał tutaj razem z rodziną. Zamieszkali w Sopocie. Ojciec jako radca prawny pracował w biurze odbudowy Gdańska. Pan Zbyszek krótko pracował w jednym z gdańskich banków. Pisywał też do „Przeglądu Kupieckiego”. To był koniec lat czterdziestych. Potem wyjechał do Torunia, gdzie studiował prawo i filozofię. Na Wybrzeżu nawiązał pierwsze kontakty ze środowiskiem literackim. Z tego okresu pochodzi jego przyjaźń z Lechem Bądkowskim, z Różą Ostrowską i jej mężem aktorem. Czytelniczką pierwszych wierszy była ówczesna sekretarka Związku Literatów Polskich Halina Misiołek. – To była jego miłość – wspomina pani Katarzyna. W 1956 roku Zbigniew Herbert wyjechał do Warszawy i tu spotkał przyszłą żonę, panią Katarzynę Dzieduszycką. Miała wtedy 27 lat i też była z kimś uczuciowo związana.

Ich małżeństwo było niezwykłe.

Pani Katarzyna niemal w najdrobniejszym szczególe swoje życie podporządkowała mężowi. Była dla niego opiekunką, sekretarką, właściwie wszystkim. Po śmierci Bądkowskiego poprosiła mnie, bym zaopiekowała się panem Zbyszkiem. Byliśmy więc razem na pogrzebie. Mówił, że gdyby Bądkowski żył w normalnych czasach, na pewno zostałby politykiem. Poeta Bolesław Fac przypomniał mi, że w stanie wojennym Zbyszek Herbert zapisał się do Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. – Prosił mnie, bym dopilnował tego członkostwa – wspomina Fac.

Babcia przenajświętsza

Była w Herbercie jakaś pokora wobec drugiego człowieka. Jego szacunek do drugiej osoby jest dla mnie porównywalny z szacunkiem, jakim traktuje człowieka Jan Paweł II.

– Zbyszek był człowiekiem pokornym wobec prostego człowieka. Nienawidził krętactwa. Nie znosił salonów, kabotynów. W świecie sztuki i literatury jest tego niezmierzone morze – mówi Katarzyna Herbert. Podkreśla, że wielki wpływ na jego życie duchowe miała babka Maria, matka ojca. – On ją uwielbiał. To była głęboko wierząca osoba o niezwykłej prostocie i ewangelicznej dobroci. Wiecznie poszukiwała biednych, Żydówek, mieszkających w suterenach, którym pomagała. Jako małe dziecko razem z nią chodził. Już jako dorosły człowiek po prostu płakał, gdy o niej mówił – zaznacza pani Katarzyna. Wiersz „Babcia” otwiera ostatni zbiór Zbigniewa Herberta „Epilog burzy”.
„moja przenajświętsza babcia
w długiej obcisłej sukni
(…) siedzę na jej kolanach
a ona mi opowiada
wszechświat
od piątku do niedzieli”.
Oddaje jej tu cześć równą tej, jaką się składa Bogu. Znamienne, że zaraz za tym wierszem są modlitwy z brewiarza do Pana.

Przyjaźnie

– Z Jankiem Lebensteinem – wspomina pani Katarzyna – zaprzyjaźniłam się w Paryżu w 1961 roku. W końcu lat pięćdziesiątych wyjechał do Paryża na pierwsze Biennale współczesnego malarstwa. Dostał nagrodę i tam pozostał. To była postać tragiczna, ale niezwykła w sensie moralnym – zaznacza pani Katarzyna. Teraz groby Herberta i Lebensteina przylegają do siebie na Powązkach.

Z Czesławem Miłoszem Zbyszek Herbert nieco się poróżnił. Pani Katarzyna przyznaje, że poszło o inne pojęcie patriotyzmu. Nie chce o tym mówić, bo Miłosz pomógł przywrócić więzi przyjaźni. -15 maja, kiedy przyjechał do Krakowa, zadzwonił do Zbyszka. Przeprowadzili bardzo miłą i uroczą rozmowę. Zbyszek czuł się po tym tak dobrze! – Pani Kasia mówi, że z kolei z Herlingiem-Grudzińskim najlepiej się im opluwało komunę. U Marka Nowakowskiego cenił postawę, a u jego żony Joli niezłomną prawość polityczną.

Niezrealizowane pasje

Na kilka tygodni przed śmiercią, chyba w maju 1998 roku, poprosił mnie pan Zbyszek o plan Stoczni Gdańskiej z miejscem pracy Anny Walentynowicz (w latach 80.), zdjęcia Wałęsy, generała Fieldorfa, jego córki Marii, ale też mojego męża. Prośba wydawała mi się dziwna, ale spełniłam ją. Nie spodziewałam się żadnej nagrody, a otrzymałam list i dwa tomy poezji z dedykacjami. Było to dla mnie szczególnie ważne, bo podarowany przez niego z dedykacją tomik „18 wierszy” wydanych w podziemiu zabrała mi esbecja. W liście pisał, że prowadzi własne archiwum „Solidarności”. Pani Katarzyna mówi, że to były jego niezrealizowane pasje, bo nie miał już na nie czasu. Najważniejsza była poezja. Ale też do ideałów tamtej „Solidarności” tęsknił i troszczył się o należne w historii miejsce dla wszystkich jej uczestników, także tych odrzuconych, jak Ania Walentynowicz.

Barbara Madajczyk-Krasowska