Poznałem Go w 1945 roku w Collegium Novum w Krakowie. Studiowaliśmy prawo. Zbyszek Herbert w Krakowie, na I roku cieszył się zasłużoną sławą najlepszego ekonomisty wśród nas. Cenił Go wysoko profesor Krzyżanowski. Nas, ząbkujących prawników, podbił też Jego cięty dowcip. Jego galanteria, rycerskość i wyszukany, pełen uroku sposób bycia. Pamiętam Jego drobny, posuwisty krok, gdy z pochyloną głową zdążał na wykłady. Seminaria ekonomiczne, na których brylował Zbigniew Herbert, zawsze były pełne ciekawskich, żądnych nowych, ciągle nowych Jego wypowiedzi, ciętych i zaskakujących ripost, popartych niezmiennie głęboką wiedzą. Jego błyskotliwe, pełne polotu zdania, zawsze z godziwą szczyptą soli attyckiej, krążyły często wśród braci studenckiej w prastarych i dostojnych murach Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Ano, poznaliśmy się tam… On pierwszy powiedział mi, kto to był Sergiusz Jesienin. On pierwszy zarecytował mi po rosyjsku Jego list do Matki i wiersz o Matce Bożej. On pierwszy recytował mi wiersze Rimbaud. Napisał kiedyś żartobliwie w moim pamiętniku:

Chociaż my nie tacy młodzi
Lecz dziś z nas, są dwaj Rimbaudzi.
I jeszcze jeden wierszyk:
Kochany Jasiu, Mój ty Kochasiu,
Całuję w dziobek
Zbysio Nierobek.

Słowo „nierobek” zalatywało z daleka kokieterią, bo Jego pracowitość była przysłowiowa. Pamiętam wieczór w Jego pokoju. Mieszkał w ustronnej willi na osiedlu Oficerskim w Krakowie. Opowiadał o swoich lwowskich przeżyciach wojennych. O grozie wywozów na Sybir. O swej pracy i nauce w konspiracji. Mówił zawsze spokojnie i rozważnie. Bez nienawiści, ale ze smutkiem. Odwiedziłem Go w Sopocie, gdzie mieszkał z Rodzicami. Jego Matka, do której był podobny wielce, gdy ucałowałem Jej ręce, pogłaskała mnie po głowie. Potem były Jego wiersze. Były Jego książki. Był „Barbarzyńca w ogrodzie”. Była ogólnonarodowa miłość dla tego, co stworzył. Była sława.

Ostatni raz widziałem Go w Warszawie, w Jego mieszkaniu przy ulicy Promenada. Pamiętam Jego cichy, pełen troski głos. I Jego wielkie zalęknione oczy. Mówił wtedy mało. Ale z sercem. Mądrze.

A wtedy, w czasie studiów, dzięki Zbysiowi Herbertowi zdałem na II roku prawa egzamin z ekonomii, nie powiedziawszy przy tym egzaminie ani jednego słowa. Przed egzaminem Zbyś krótko i węzłowato rzekł: „Jaś! W czasie egzaminu buzia w ciup. Ani słowa. Milcz. Resztę ja załatwię”. Gdy siedliśmy przed senatorsko wyglądającym profesorem Krzyżanowskim, Zbyś tak zaczął swą orację: „Czcigodny Panie Profesorze. Zgodnie z Pańskimi, bezcennymi zaleceniami, przestudiowaliśmy wraz z Jasiem Adamskim dość gruntownie teorię Keinsa o stopie procentowej. Niemniej jednak w dziale tym, na stronie 115, ósmy wiersz od góry w dół, są pewne stwierdzenia, które pozostają w dalekiej rozbieżności, dysproporcji, między tym co napisał Keins a co twierdzi Pan Profesor. Jak mamy to rozumieć?” Profesor Witold Krzyżanowski zaniemówił. Krótko to jednak trwało. Przerwał milczenie słowami: – Czy stopień celujący będzie należytą rekompensatą za pańskie wiadomości? – Najzupełniej – odpowiedział Zbyś. – Mój przyjaciel Jaś Adamski jest też tego zdania.

– Czy stopień dostateczny wystarczy szanownemu Panu? – zapytał mnie z kolei profesor. – Najzupełniej – odpowiedziałem. Profesor podał nam rękę. – Bardzo miło było mi panów poznać. Proszę łaskawie o mnie nie zapominać. Zawsze są panowie tutaj mile widziani – dodał. A potem, uśmiechnięci, poszliśmy w Kraków… Zbyś był bardzo wierny w przyjaźni.

O Zbigniewie Herbercie już piszą najwięksi z Was. Sława Jego panuje nad nami i nad Krakowem, grodem, który Wielki Poeta Polski ukochał i który był Mu bliski i drogi.

Jan Adamski