W zasadzie sprawa jest arcyprosta. Jestem najbliższym krewnym Zbigniewa Herberta w następnym pokoleniu i cieszy mnie każdy przejaw pietyzmu dla pamięci o mym Wuju, a że są niepoślednie ku temu powody, więc nierzadko bywa mi danym przeżywać miłe chwile, pozwalające mi zapominać o Jego prześladowcach i wątpliwych przyjaciołach, w których obfituje – niestety – pośmiertny żywot Poety. Szczególne i – co najważniejsze – trwałe miejsce na mej mapie takich wzruszeń zajmuje właśnie Kołobrzeg. To miasto, o pięknej, lecz i niezwykle dramatycznej, historii mężnie wykuło swą nową tożsamość, tym cenniejszą, że własną, wbrew ideologicznym dyktatom zdobytą. Jest rzeczą słuszną i zbawienną, iż patronem tych dążeń jest właśnie Autor Pana Cogito, wierny samemu sobie i wskazaniom „potęgi smaku”.

Nie od samego początku danym mi było uczestniczyć w kołobrzeskich Herbertiadach. Rychło jednak wciągnęła mnie familijna atmosfera tych spotkań i stały się one dla mnie oraz mej Matki oczekiwanym świętem dorocznym, tak z racji ich poziomu artystycznego, jak i może jeszcze bardziej z powodu szczególnego klimatu szczerej radości z nawiedzenia tego samego miejsca i ponownego spotkania z ludźmi, których lubimy i darzymy zaufaniem.

Rafał Żebrowski