W ostatnich latach życia wielki Herbert, zredukowany do publicystyki – malał. Dlaczego? Czy powinienem zaglądać do tego labiryntu, gdzie im głębiej, tym ciemniej i gdzie mieszka potwór? Mityczny Minotaur żywił się młodzieżą ateńską, ten, który siedział w gasnącym Herbercie, też niestety pożerał ludzi, niekiedy jego najlepszych przyjaciół

1

Są książki potencjalne, które pod względem księgarskim i bibliograficznym nie zostały książkami. Nie ma ich na półkach w bibliotece ani w żadnym katalogu. Ale te książki istnieją, ponieważ są napisane, czasem opublikowane w postaci nieksiążkowej, we fragmentach lub nawet w całości. Najczęściej oprócz autora i garstki wtajemniczonych nikt o nich nie wie. Jednak zdarza się, i to wcale nierzadko, że nie wie o nich sam autor. Takie z pozoru nieprawdopodobne sytuacje omówię nieco dalej. Zacznę od prostszych.

Autor napisał książkę, ale wydawca nie wydał. To nieszczęście zawsze prześladowało pisarzy. Tylko powody niewydawania książek bywały w historii różne, z grubsza dwa: komercjalny albo cenzuralny.

W przypadku pierwszym wydawca uznawał, że wydanie mu się nie opłaci, i nie wydawał. Tak jest w Polsce dzisiaj.

W przypadku drugim wydawca musiał podporządkować się zakazowi władzy kościelnej albo politycznej, chociaż wychodził ze skóry, żeby książkę wydać, choćby za cenę częściowego ocenzurowania, bo już same pogłoski o niecenzuralności gwarantowały sukces rynkowy. Tak było w Polsce między rokiem 1945 a 1989, kiedy decydowała cenzura polityczna.

Z drugiej strony wydawnictwa były wtedy czymś podobnym raczej do skrzyżowania urzędu z przytułkiem niż do firm handlowych. Wydawcę uzależnionego od państwa obchodziło utrzymanie się na posadzie, natomiast o interes handlowy mógł się nie troszczyć. Mimo to, jak pamiętam z autopsji, wydawca na ogół starał się po cichu i w miarę swych możliwości działać na korzyść książki, jeśli osobiście uważał ją za wartościową. Porozumienie z autorem sprawiało mu widoczną satysfakcję. Mógł czuć się dzięki temu podniesiony we własnym mniemaniu o sobie.

Dlatego stosunkowo rzadka była w tamtych czasach bezwzględna odmowa wydania jakiegoś dzieła literackiego. Wydawca odkładał raczej maszynopis do szuflady i czekał na dogodny moment, aby ponowić próbę, gdy cenzura zelżeje. Książka istniała potencjalnie. Co robił z nią tymczasem autor? Często nic. Są autorzy, którzy nigdy nie wracają do rzeczy raz napisanej. Ale są też inni. Mógł więc autor zaglądać raz po raz do swojego domowego egzemplarza i pracować nad nim: coś poprawiać, zmieniać, inaczej stylizować, coś usuwać, coś dodawać, planować dodanie. Powstawała potencjalnie nowa książka, którą on znał. Wydawca i czytelnik nie.

Wyobraźmy sobie jeszcze jeden wariant. Autor tworzy sporadycznie jakieś teksty, które trafiają do czasopism, gazet, radia, po czym ulegają zapomnieniu. Kto czyta stare czasopisma? Teksty należące do gatunków ogólnie poważanych, wiersze, opowiadania, eseje, autor na ogół zbiera, przepisuje, jakoś porządkuje, a jeśli jest dostatecznie skrzętny, pracowity i cierpliwy, robi z nich książkę, w końcu wydaje, choć nie zawsze zdąży przed śmiercią.

Nawiasem mówiąc, są też inne zapisy autorskie, o które pisarz najczęściej się nie troszczy, takie jak utwory porzucone w trakcie pisania, szkice robocze, notatki, dzienniki, pamiętniki, mowy, artykuły, wypowiedzi zarejestrowane na taśmie magnetofonowej lub filmowej, wywiady dziennikarskie publikowane z reguły pod nazwiskami rozmówców pisarza, wreszcie listy do różnych adresatów. Wszystko to po śmierci autora pada łupem badaczy, redaktorów i wydawców.

Z takiego surowca, miejscami uformowanego przez autora tylko połowicznie, powstają nieznane mu książki. Raptem zaczyna ten proces przebiegać łatwo, jak w snach, gdzie materia nie stawia oporu i zaskakujące byty wyrastają nie wiadomo skąd. Dzieła, nad którymi pisarz bez końca się trudził, może przesadnie i niepotrzebnie, okazują się naraz gotowe, skończone, wydane. Ale on o tym nie wie.

2

Żadna z opisanych wyżej sytuacji nie dotyczy w pełni „Labiryntu nad morzem”, lecz niemal każda dotyczy go częściowo.

W dołączonej do książki „Nocie wydawcy” Fundacja Zeszytów Literackich informuje:

Zbigniew Herbert złożył maszynopis książki „Labirynt nad morzem” w wydawnictwie Czytelnik. Na okładce tekturowej teczki widnieje nazwisko autora i tytuł, wypisane jego ręką, oraz adnotacja wydawnictwa: „wpływ 15.5.1973 r.”. Odnajdujemy dwa inne napisy: u góry, zamazany, ujęty klamrą czytelnych zwrotów: „tow.” (…) „PZPR”, przedstawiający nazwisko i, prawdopodobnie, nazwę instytucji; nad datą „wpływu” zaś inny, drobniejszym pismem: „72 r. 1 II” (data podpisania umowy?).

Książka nie ukazała się.

Po ogłoszeniu stanu wojennego, 1981, Katarzyna Herbertowa, na prośbę Autora, odebrała maszynopis z wydawnictwa.

Wydaje się, że historia sprawy jest jasna. Może jednak nie dla każdego. Po cóż wydawca w latach siedemdziesiątych przedstawiał eseje o starożytnej Grecji bliżej nieokreślonemu „tow.” (…) „PZPR”? Prawdopodobnie po to, aby wykazać jakiemuś wysokiemu autorytetowi partyjnemu, że są cenzuralne, bo nie zawierają aluzji politycznych i można zgodzić się na ich wydanie. W takim trybie zapadały wtedy istotne decyzje cenzury. Spodziewanej zgody jednak nie uzyskano. „Labirynt nad morzem” jako taki mógł być cenzuralny, lecz niecenzuralny stał się autor, który właśnie w tym czasie dokonywał coraz śmielszych demonstracji dysydenckich. Wydawca nie musiał o tym wiedzieć, ale kompetentni towarzysze dobrze wiedzieli.

Można by sprawdzić w księdze zapisów cenzury, kiedy i jakie restrykcje w sprawie Herberta obowiązywały cenzorów, jednak badania tak szczegółowe pozostawiam komu innemu. Skoro książka leżała w Czytelniku i nie wyszła przez blisko dziewięć lat, wpływ cenzury na wstrzymywanie publikacji wydaje się niewątpliwy. Ale dlaczego Katarzyna Herbertowa odbiera maszynopis po dziewięciu latach? Otóż tym razem po to, aby zapobiec wydaniu książki.

Równocześnie z ogłoszeniem stanu wojennego proklamowana została (zresztą na krótko) tzw. otwarta polityka kulturalna. Zakazy cenzuralne ciążące na opozycyjnych pisarzach zniesiono w większości już po sierpniu 1980 i nie przywrócono ich po 13 grudnia 1981. Pisarze ci mogli w stanie wojennym być internowani, ale wydawnictwom wolno było właśnie wtedy opublikować ich zakazane przez lata książki.

Rozmawiałem o tym z Herbertem. Nigdy chyba nasze domy, to znaczy my obaj i nasze żony, nie utrzymywały żywszych kontaktów niż w roku wyłączonych telefonów i rozmów kontrolowanych, czyli w 1982. Zbyszek, jak mówiliśmy prywatnie o Herbercie i do Herberta, kipiał ze wzburzenia, odrazy i jadowitej ironii, ale swoim zwyczajem dawał temu wszystkiemu upust z charakterystyczną dla siebie mieszaniną teatralnej fantazji i wyrafinowanej godności. W liberalizmie wydawniczym władz stanu wojennego widział oczywiście cynizm i perfidię. Powiedział mi, że wycofa z wydawnictwa swoje przewidziane do druku teksty. I tak rzeczywiście zrobił. „Labirynt nad morzem” przetrzymał u siebie do końca życia.

Dlaczego aż tak długo?

„Nota wydawcy” przypomina, że wszystkie szkice z „Labiryntu nad morzem”, prócz końcowej „Lekcji łaciny”, ukazały się między rokiem 1965 a 1973 w czasopismach literackich. To jednak była dopiero potencjalna książka, do roku 2000 rozproszona i przez mało kogo zauważana jako całość. Co więcej, po wycofaniu egzemplarza z Czytelnika Herbert nadal pracował nad „Labiryntem”, przygotowując go do przyszłego wydania w zmienionej formie.

Na podstawie rękopisów i wcześniejszych wersji maszynopisowych (…) upewniamy się – informuje „Nota wydawcy” – że plany Autora ulegały zmianie: książka o wyprawie do Grecji, jako do źródeł cywilizacji europejskiej, poszerzona o szkic o Etruskach, miałaby zostać uzupełniona o szkice o potędze i upadku Rzymu. „Nota” przytacza tytuły szkiców nie napisanych, jak „Gorące Wrota”, „Niewolnicy” i „Rozważania nad talerzem”, lub napisanych, jak prawdopodobnie „Thera”, lecz nie rozwiniętych w samodzielne całości. Wiadomo, że myślami Herbert wciąż wracał do wojny peloponeskiej i pieczołowicie studiował ten temat.

3

Po co jechać do Grecji? Oczywiście Grecję można zwiedzać, ale starożytna Grecja, źródło cywilizacji europejskiej, co łatwo powiedzieć, nie jest obiektem turystycznym jak Majorka. Grecja jest umiejętnością. Grecji trzeba się nauczyć. Nikt nie ogarnie do głębi wszystkiego, co greckie. Trzeba coś wybrać, nauczyć się kilku pierwiastków greckich, na przykład Platona, architektury, heksametru, i z tym żyć. Ale tak, żeby tego chcieć. I żeby się ta cząstka mogła śnić.

Chyba źle mówię. Może Grecja nie jest umiejętnością. Może jest szczepionką. Substancją, którą trzeba przyjąć, wchłonąć i nosić we krwi. Po co? No właśnie. Trudno powiedzieć. Humaniści, zwłaszcza w XIX wieku, napisali o tym całe biblioteki i razem z belframi szkół średnich gruntownie zanudzili pokolenia. Literatura europejska obfituje w opisy męki uczniów na lekcjach greki i łaciny. Bo te dwie dyscypliny nie bez powodu się nam kojarzą i tworzą koszmar łączny. Lecz kiedy niezależnie od wszystkich uczonych, od strasznych belfrów i opisujących ich pisarzy zamyślam się tylko sam po swojemu nad pytaniem, jaki jest pożytek z greckiej szczepionki, to mi nagle świta w mózgu coś takiego: ona wyrabia w człowieku zdolność odczuwania szacunku. A zdolność odczuwania szacunku niemal zanikła w naszych czasach. Dziś przecież nie szanujemy nikogo i niczego. Kultura grecka, a potem łacińska, opierała się na tym fundamencie.

Ale może i tu mam niezupełnie rację. Czy zdolność szanowania przodków, osób starszych, mędrców, świętych ksiąg, kanonów i w ogóle wartości nie cechuje wszystkich kultur archaicznych, chińskiej lub hebrajskiej w jeszcze większym stopniu niż greckiej? Owszem, tylko że my w Europie zaczęliśmy od greckiej, nie chińskiej. Z hebrajskiej dzięki chrześcijaństwu i pośrednictwu grecko-łacińskiemu zaczerpnęliśmy bardzo wiele. Ale nie mieliśmy innych źródeł, i to jest fakt.

Dlaczego jednak tkwić nadal w europocentryzmie? Skoro współcześni Europejczycy, wśród nich Polacy, coraz gorzej rozumieją i coraz mniej lubią kulturę grecką, czy nie mogliby przerzucić się na jakieś inne, atrakcyjniejsze dziś dla nich „źródła cywilizacji”? Czy nie można zamiast filozofii i architektury greckiej polubić hinduskiej? Zamiast greckiego heksametru uczyć się – bo ja wiem? – perskich gazeli? Czy nie są to równoważne wartości?

Być może, lecz w rzeczywistości nieszczęście polega na tym, że klasyki greckiej, która była podstawowym składnikiem humanistycznego wykształcenia młodzieży przez kilkaset lat, nie zastępuje dziś klasyka hinduska, ale myśl filozoficzna idoli wylansowanych przez kulturę masową, mądrość piosenkarzy, modelek, w najlepszym razie autorów tzw. kultowych.

„Kult” nie jest szacunkiem. „Kult” nie przyznaje samoistnej godności dobrom, ludziom, przekonaniom i dziełom, nie czyni godności podstawą wzajemnych stosunków i bezpiecznego współżycia jednostek. Przeciwnie. Jest szałem fanów, skupieniem obsesyjnego bałwochwalstwa na czymś jednym, zjawiskiem ze stadionów piłkarskich i hal rockowych, skąd niekiedy blisko już do gwałtu.

Zbigniew Herbert wyruszał do Grecji mniej więcej w połowie lat sześćdziesiątych, kiedy młodzież na świecie zapuszczała dopiero długie włosy, szalała, słuchając Beatlesów, i przebrana w łachmany wypowiadała wojnę kolejno rodzicom, fryzjerom, profesorom, rządom, prawu. Kto odniósł zwycięstwo? Znów trudno powiedzieć. Studenci pokończyli na ogół studia i poszli zarabiać do firm. Terroryści poszli do więzień, polegli albo popełnili samobójstwa. Jedno wydaje się pewne: od tamtych czasów po raz pierwszy w dziejach świata ustało wychowanie młodzieży. Wyruszający do Grecji Herbert jeszcze o tym nie wiedział.

Z moich rozmyślań brnących zbyt daleko budzi mnie wybuch bomby. W budynku naprzeciwko rozerwało człowieka. Po chwili wiadomo: rozpakowywał paczkę od niezidentyfikowanego nadawcy. Słychać sygnały karetek pogotowia ratunkowego i straży pożarnej, widać rozbłyski niebieskich świateł i wiele policyjnych samochodów.

4

Moja żona przypomina sobie zdarzenie sprzed lat. Pewnego dnia wróciłem skądś do domu olśniony.

– Spotkałem nadzwyczajnego człowieka – miałem powiedzieć. – Od kilku godzin jest moim przyjacielem. To taki poeta Zbigniew Herbert, no wiesz, napisał też „Barbarzyńcę w ogrodzie”.

Kiedy to było? Jak do tego doszło? Dziś już nie wiem. W pamięci nakładają mi się jedno na drugie dwa spotkania, po których mógłbym powiedzieć tak żonie, ale daty sprawiają kłopot. Z pewnych względów drugie spotkanie musiałoby się odbyć po listopadzie 1971, a przed 19 grudnia tegoż roku. To zbyt późno. Pierwsze zetknięcie osobiste było wcześniejsze, ważniejsze i rozkoszne, dziś wypadałoby napisać, że przyjaźń śp. Zmarłego była dla mnie łaską i zaszczytem, i jest to nawet prawda, oczywiście, była zaszczytem i łaską, ale przecież takimi zdaniami nikt nie myśli, więc nie będę tak pisał. Herbert oczarowywał wszystkich, ktokolwiek się przy nim znalazł, nic zatem dziwnego, że natychmiast oczarował mnie. Czemu jednak ja zawdzięczałem ów zaszczyt i łaskę jego dobrych uczuć?

Otóż Grecji i łacinie. To właśnie było rozkoszne. On wiedział, poznał niejako od pierwszego wejrzenia, że jestem szczepiony, i potraktował mnie, jak to on, z żartobliwie uroczystą wylewnością, a nie obeszło się też bez wylewnego Dionizosa.

Ale nie mogę pominąć innego, późniejszego spotkania, którego terminus post quem, listopad 1971, jest pewny, a które ze względu na ważność krzyżuje się z pierwszym.

Zwierzyłem mu się wtedy z nagłej decyzji, jaką podjąłem w rozmowie z urzędniczką ówczesnego Biura Współpracy Kulturalnej z Zagranicą przy Ministerstwie Kultury i Sztuki, iż mianowicie nie pojadę do Berlina Zachodniego na zaproszenie Akademii Sztuk, przynajmniej chwilowo. Herbert miał podobne zaproszenie już wcześniej i bodaj znowu się tam wybierał. Powiedziałem mu, że w ostatniej chwili przed wyjazdem na swoje roczne stypendium odmówiłem przyjęcia paszportu. Dlaczego? Bo dawano mi paszport służbowy („nic pan nie płaci, proszę pana”) i ograniczający swobodę poruszania się tylko do Berlina. Na jakąkolwiek podróż stamtąd, nawet w obrębie Niemiec, nie mówiąc o Włoszech i Francji, które też wymieniłem we wniosku o paszport, potrzebne byłyby osobne zezwolenia BWKZ. – A jakże mam je uzyskiwać? – zapytałem urzędniczkę. Coś bąknęła, że jeśli nie w Warszawie, to przez Polską Misję Wojskową w Berlinie Zachodnim. Przestraszyłem się perspektywy takiego uzależnienia za granicą i jakiejś pułapki w nim. „Wobec tego dziękuję, nie jadę, na razie zawiadomię o tym telegraficznie berlińską Akademię Sztuk, a w Polsce złożę jeszcze odwołanie do ministra”. I zostawiłem paszport na stole. Urzędniczka oniemiała, bo wtedy nikt łatwo nie rezygnował z paszportu. Herbert wysłuchał mojego opowiadania, jak mi się wydało, z głęboką uwagą, zrozumieniem i aprobatą. Powiedział coś w rodzaju „wiem, wiem, oni mi robili różne rzeczy”.

Czyżbym dopiero po tym spotkaniu wrócił do domu z wiadomością, że mam niezwykłego przyjaciela? Ta hipoteza chodzi mi po głowie, ale raczej tak nie było z powodu zbytniej bliskości w czasie dwóch terminów.

Na kopii mojego odwołania do ministra, którą zachowałem, figuruje data 26.11.1971. Dedykacja na „Wierszach zebranych” Herberta, które mam w domowej biblioteczce, wygląda tak:

Lidii
i
Jackowi
Bocheńskim
bardzo serdecznie
tego grubasa
poświęcam
z wiarą
nadzieją
i
miłością
Zbigniew
Warszawa
chez Bocheński
19 XII 1971

Z lewej strony narysowane są ręką autora dwa kwiatki.

Musiało chyba minąć więcej czasu od pierwszego spotkania z udziałem wylewnego Dionizosa, żeby taka dedykacja mogła powstać „chez Bocheński”.

Ależ oczywiście! Wiem, co było. To tej zimy Katarzyna Herbertowa powiedziała mi: „Nie noś zajęczej czapki!”, gdy wkładałem na głowę futrzaną czapkę, bo miałem pojechać z Katarzyną (Zbigniew został w domu) na zbieranie jakichś pionierskich wówczas podpisów protestacyjnych przeciw nie pamiętam już czemu. Ależ oczywiście! Jeszcze wcześniej interweniowaliśmy w sprawie skazanych członków Ruchu, winowajców niedoszłego zamachu na pomnik Lenina w Poroninie, spośród których po latach najlepiej znany dzięki zapalczywym mowom stać się miał Stefan Niesiołowski. Doszło do tego, że kilka osób zostało zaproszonych na rozmowę przez ówczesnego ministra sprawiedliwości PRL. Jak się nazywał? Berutowicz! Zaprosił, ale w tej rozmowie, otoczony jakimiś ponurymi typami, ograniczył się do łgarsko-bezpieczniackiej drętwoty. Przypominam sobie, że Herbert replikował: „To nie była z ich strony grabież, panie ministrze, to była ekspropriacja”. Z kim tam poszedłem oprócz Herberta? Nie pamiętam dokładnie.

– Poszedł pan z Jerzym Andrzejewskim, Mieczysławem Jastrunem, Tadeuszem Konwickim, Igorem Newerlym – odpowiada na moje pytanie historyk Andrzej Friszke.

Jednak mniejsza o szczegóły i chronologię. Te badania zostawiam komu innemu.

A „nie noś zajęczej czapki” w roku 1971 znaczyło „nie bądź tchórzem”.

5

Co wiedziałem wtedy o Grecji Herberta? Głupio byłoby pytać, co wiedziałem o „Labiryncie nad morzem”, bo nie wiedziałem nic. Jeszcze nie istniał. Chociaż nie. Częściowo już istniał. Napisany i opublikowany (1965) był szkic o Etruskach i właśnie ten tylko znałem. Ale to nie Grecja. „Próbę opisania krajobrazu greckiego” w „Poezji” (1966) przeoczyłem. Co prawda „Akropol” z „Twórczości” (1969) mgliście i powierzchownie majaczył w mojej pamięci, lecz ożyć całą swą istotą miał dopiero później, kiedy przeczytałem go porządnie w książce. Inne publikacje w czasopismach umknęły mi całkowicie. Wiem dlaczego. Wykłóciłem się w końcu skutecznie o paszport prywatny z ważnością bez ograniczeń i wyjechałem na rok do Berlina, trochę do Francji, Hiszpanii, Austrii, a potem znów na blisko rok do Włoch. Tymczasem w Polsce drukowane były szkice greckie Herberta, po czym złożony w Czytelniku maszynopis książki ugrzązł tam na lata.

Euforycznego autora zastałem w Berlinie Zachodnim (marzec 1972). To bardzo ważne, czy Herbert był w stanie rozbłysku, czy zaćmienia, bo jego przemienne stany falowały. Przypominał planetę obracającą się dokoła osi: dzień, noc, dzień, noc. Wiedział o tym, choć może przesadzam, może sobie swoje ciemności chwilami tylko uświadamiał. Mam w uszach nagły komentarz, którym kiedyś uzupełnił w rozmowie zgryźliwą opinię o innym pisarzu: „To mi mówi ciemna strona mojej natury”. Ale teraz w Berlinie Zachodnim był rozświetlony i ciepły, niestety, już na wyjezdnym z obwarowanego murem pół miasta. Jeśli to możliwe w Niemczech, odbył się króciutki dionizyjski thiasos po instytucjach istotnych dla stypendystów programu „Artyści w Berlinie” z zahaczeniem o jakiś lokal konsumpcyjny. Przedstawiał mnie różnym paniom i panom z Akademii Sztuk, z Niemieckiego Biura Wymiany Akademickiej, z Radia Wolny Berlin, i tak dalej. Ze wszystkimi się żegnał (chyba chwilowo, bo do Berlina miał w przyszłości kilkakrotnie wracać) i był samym czarem. W szczególności panie, przed którymi składał wymyślne ukłony, wręczając każdej drobny prezencik, patrzyły na niego wniebowzięte. Prezenciki były urocze, dowcipne i zaskakujące, niczym pomysły poetyckie Herberta. Potem przez rok słyszałem w Berlinie „ach, Zbigniew, Zbigniew!”.

Co się tyczy jego Grecji, wiedziałem jednak o niej dość dużo z wydanego dziesięć lat wcześniej „Barbarzyńcy w ogrodzie”, mimo że tylko jeden esej, „U Dorów”, poświęcony jest w tym zbiorze nawet nie Grecji właściwej, ale południowoitalskiej Wielkiej Grecji. Do tych Dorów wpada się tam w świeżym oszołomieniu po pierwszych w książce zwierzętach paleolitycznych z Lascaux, które Herbert kilku słowami potrafi pobudzić do życia, popłochu, pędu, chrapania i pokazać je w magicznych związkach z człowiekiem, ich malarzem naskalnym, czcicielem i mordercą. W tak samo sugestywnej postaci stają nam potem przed oczami Grecy, nie tylko zresztą przed oczami, bo właściwie przed wszystkimi naszymi zmysłami, a dodatkowo i władzami umysłowymi, z rzeczowym komentarzem, niekiedy nawet odniesieniami metafizycznymi. Możemy tych ludzi słyszeć, dotknąć, zaczerpnąć o nich wiedzy historycznej, zmierzyć ich mury, doznać ich strachu i wiary.

Oszczędność miejsca nie pozwala mi dostatecznie udokumentować tych twierdzeń cytatami z „Barbarzyńcy w ogrodzie”. Ale podam próbkę.

Zgodnie ze swym zwyczajem wpisywania do przedstawień literackich rzeczowej informacji dla czytelnika Herbert przed wejściem do łacińskiego Paestum (greckiej Posejdonii) objaśnia po swojemu, skąd i w jakich okolicznościach starożytni Grecy znaleźli się we włoskiej obecnie Kampanii.

Potężny mur o grubości sięgającej siedmiu metrów zaraz na wstępie mówi, że kolonie greckie w Italii nie były bynajmniej oazami spokoju. Z kamienistej, nieurodzajnej ojczyzny przybywali Grecy na swoich szybkich okrętach przez morze „ciemne jak wino” do kraju wygrzanego ogniskami wielu pokoleń. Świadczą o tym nekropole sięgające paleolitu.

I jeszcze takie dwa zdania z „Barbarzyńcy w ogrodzie”:

Dla tych, którzy czytali „Republikę” Platona, nie będzie dziwna informacja, że około 450 roku przed naszą erą lud zbuntował się przeciwko filozofom, którzy pod pretekstem adoracji liczb zarządzili rejestrację mężczyzn, zamykając przy tej okazji podejrzanych o negatywny stosunek do pitagoreizmu. No cóż, przeciętni obywatele nie mają zrozumienia dla abstrakcji i wolą od mędrców tępą, przekupną biurokrację.

W tych strzępkach tekstu widać już bardzo dobrze fakturę obrazu, która zostanie powtórzona w „Labiryncie nad morzem”. Ileż w tych dwu maleńkich urywkach zmieściło się materiału dla wyobraźni czytelnika, jego wiedzy i namysłu, ile subtelnych reminiscencji literackich, aluzji historiozoficznych i sądów krytycznych. Są opisane ciągi zdarzeń, społeczności, ustroje, krajobrazy, jest wspomniana prehistoria, pośrednio wydrwiona współczesność autora i do pewnego stopnia przewidziana przyszłość (obywatele wolą przekupną biurokrację). Przy okazji nie omieszkał Herbert wyrazić szczerej, potwierdzonej potem w „Labiryncie nad morzem”, odrazy do intelektualistów, których, nie bez oczywistej winy Platona, utożsamiał z ideologicznymi doktrynerami, lecz kiedy indziej – to też fakt – z nielubianymi czy może irytującymi go, zwłaszcza w stanach ciemnych, pisarzami polskimi.

Od siebie dodałbym, że w idealnym państwie Platona rządzą wprawdzie filozofowie, jednak poeci podlegają ekspulsji.

6

Kiedy już pojechał do Grecji, wiedział, że musi coś wybrać. Przede wszystkim wybrał patrzenie, co jest logiczne. Czytać można w domu, oglądać w podróży. Jego surowce greckie są stosunkowo mało literackie, względnie rzadko korzysta się w „Labiryncie nad morzem” z tworów języka greckiego, z Homera albo na przykład z korpusu inskrypcji, obcuje się głównie z architekturą, sztuką i przyrodą. Ale nie wolno żarłocznie połykać wszystkiego (…) należy wybrać spośród masy przedmiotów dzieło najlepsze, będące sumą innych. Dotyczy to również tras. Nie ma nic szczególnie oryginalnego w dokonanych przez Herberta selekcjach. Są w istocie zgodne z popularnym kanonem, choć na upartego można by oczywiście wyszukać inne warianty w obrębie kanonu.

A oto co kolejno przyciąga w książce zainteresowanie autora: Kreta, historia odkrycia kultury minojskiej, wyspa Thera (dziś Santorini) łącznie z modnym wręcz wątkiem Atlantydy (też Platon winien!), zniszczenie kultury kreteńskiej, Epidauros – antyczne Lourdes, „Mykeny bogate w złoto i skrwawiony pałac Pelopidów” (jednak cytat z Homera, jak najbardziej na miejscu), Delfy, Olimpia (igrzyska), wycieczka motorówką na apollińską wyspę Delos (po drodze „zły humor” Posejdona – doświadczenie „konieczne dla zrozumienia niektórych fragmentów Odysei”), Akropol… O, dość tego wyliczania. Napisałem i zastanawiam się, czy nie wykreślić tej płaskiej, przypadkowej, nic w istocie nie mówiącej listy. Powiedziałbym coś bez porównania ważniejszego, gdybym zamiast na tematy zwrócił uwagę na szczegóły. Wyrażenie „wyniosły dąb – Zeus drzew” jest pełnym treści akcentem w opisie krajobrazu. Zaraz potem z nasłonecznionego stoku góry kreteńskiej zejdzie autor w „czarną jak węgiel jamę” Groty Diktejskiej, miejsce urodzenia Zeusa, które nazwie „ciemną kołyską nowej religii światła”. Nawet na abstrakcje, takie jak religia, Herbert patrzy. Ewentualnie wzrok mogą mu zastąpić inne zmysły, ale zmysłowość jest naczelną zasadą i niejako najwyższą instancją rozpoznawczą w stosunkach autora ze światem.

Wciąż jednak nie wgryźliśmy się w sedno.

Patrzy, oczywiście. To, że patrzy, i jak patrzy, to są jego cechy bardzo istotne. Ale trzeba zapytać, co widzi. A może jak widzi? A co i jak widzieć chce?

Zagadnienie jest fundamentalne i staje przed każdym pisarzem zabierającym się do opisu starożytności, z wyjątkiem pisarzy naiwnych, którzy nie podejrzewają, że jakiś taki problem w ogóle istnieje. Ale co to, to nie. Herbert nie był pisarzem naiwnym. W swoich stanach jasnych miał niezwykle bystry intelekt, świadomość nieprawdopodobnie czułą i wielopiętrową.

Zagadnienie widzenia Grecji najlepiej unaocznić na konkrecie. Oto przykład, jak sądzę, szczególnie odpowiedni, w ujęciu samego Herberta:

Nauczyliśmy się patrzyć na dzieła sztuki greckiej jak na fragmenty i ułomki. Wierzyliśmy zbyt łatwo, że swoją doskonałość i piękno zawdzięczają właśnie temu, że są fragmentami i ułomkami. Nie potrafimy, a nawet nie chcemy wyobrazić sobie Wenus z Milo ani także jakiejkolwiek świątyni greckiej takiej, jaką była ona naprawdę.

A jaka była naprawdę Wenus z Milo? Pomalowana! Miała, podejrzewam, blade ciało, różowe usta, czarne włosy, a może – pofantazjujmy – prawem bogini właśnie jasnozłoty blond, miała realistyczne oczy, białka koloru mlecznego, zapewne ciemnobrązowe tęczówki, czarne źrenice. Powstaje pytanie, czy rzeczywiście zależy nam na tym, żebyśmy ją taką widzieli, czy nie straciłaby w naszych oczach na pięknie i zgoła na prawdziwości, skoro przyzwyczailiśmy się (w przypadku Wenus z Milo od 180 lat) oglądać ją inną, bez prawdziwych niewątpliwie farb.

7

Katarzyna Herbertowa w rozmowie z Jackiem Żakowskim [„Gazeta Świąteczna” z 30 grudnia 2000 – 1 stycznia 2001 – red.], charakteryzując osobowość swojego męża, na pewno lepiej znaną jej niż mnie czy komukolwiek innemu, zwraca uwagę na szczególny rys mentalny Herberta i przytacza bardzo celny cytat z niego samego: Istniały takie sfery życia czy duchowości, w których miał poczucie absolutnej, fundamentalnej racji. Pisał, że jego wyobraźnia „(…) to kawałek deski/ a za cały instrument/ mam drewniany patyk// uderzam w deskę/ a ona mi odpowiada/ tak – tak/ nie – nie (…)”. Ten instrument został oczywiście zabrany do Grecji i posłużył pisarzowi do pracy.

Ale tu zaczyna się kłopot nieobcy ludzkości od chwili, gdy Jezus wypowiedział swoje nauki w sprawie przysiąg: „Niechaj więc mowa wasza będzie: Tak – tak, nie – nie, bo co ponadto jest, to jest od złego” (Ewangelia św. Mateusza, 5, 37). Nauki te dotyczyły wszelako sumienia, nie zaś jednoznaczności wyobraźni, sądów, odczuć czy poznania. Herbert w wierszu „Kołatka”, skąd wdowa zaczerpnęła cytat, mówi o wyobraźni, wprawdzie „suchego moralisty”, jak autor siebie nazywa, lecz „deską” i „patykiem” jest tam wedle niego wyobraźnia, nie sumienie. Surowe a proste wymagania postawione przez Jezusa ludziom składającym przysięgę, aby powstrzymać ich krętactwa, rozciąga poeta na wyobraźnię, dysponentkę wszelkiej wypowiedzi artystycznej.

Ma po stokroć rację. Istnieje coś takiego jak prawda poetycka, która jednak nie musi, a pewnie nawet nie powinna być obiektywna, przeciwnie, może być przejaskrawiona, fantastyczna, szalona, i tylko sam poeta musi wyrażać ją z najgłębszym przekonaniem, na jakie go stać.

Czytając „Labirynt nad morzem”, który nie jest dziełem poetyckim, lecz w rozległych partiach rządzi się prawami opisu poetyckiego, dzięki czemu jest piękny i w czym zawiera się jego największa wartość, odnosiłem nieraz wrażenie, że Herbert intuicyjnie, może nie zawsze świadomie, dąży do poddania każdego opisywanego przedmiotu rygorom jednoznaczności. I popada oczywiście w kłopoty.

Jak rozstrzygnąć, której Wenus powiemy „tak-tak”, a której „nie-nie”? Przytakniemy tej fałszywej, bo zmienionej, to znaczy tej bezbarwnej z Luwru, nazwanej po łacinie Venus, którą na własne oczy widzimy, czy greckiej Afrodycie, prawdziwej, bo pierwotnej, a więc pomalowanej, której możemy się tylko do pewnego stopnia domyślić? Herbert, zapewne jeszcze pod świeżym wrażeniem Krety minojskiej, nie mówiąc o barwnych Etruskach i zwierzętach z Lascaux w pamięci, skłania się wyraźnie do soczystych kolorów. Rzeźby – powiada, a idzie już tym razem o rzeźby Fidiasza – były polichromowane złotem, malowane błękitem, czerwienią i brązem, i to wcale nie „dyskretnie”, jak chcą bladzi esteci. „Bladymi estetami” autor jawnie pogardza.

Użyłem przykładów z jednej dziedziny – rzeźby. Otóż tak jak o rzeźbie wypowiada się Herbert w „Labiryncie nad morzem” o wielu innych sprawach starożytnych.

A właściwie wypowiadał się tak w całej twórczości. Również w gatunkach pozaartystycznych, gdzie licentia poetica zdawała się już nieuprawniona, a przejaskrawienie wyrazu, skrajna jednoznaczność, emocjonalność i przeświadczenie o fundamentalnej racji przybierały niekiedy postać szokującą.

Patyk i deska są wspaniałą metaforą poetycką. Mimo to autor „Labiryntu nad morzem”, Herbert-erudyta, czytelnik niezliczonych książek o kulturze antycznej i sztuce, wie, że niezawodne wskazania drewnianego narzędzia mogą być niedostateczne w sytuacjach, kiedy wiedza historyczna, estetyka starożytna i współczesna oraz indywidualne gusty widzów tworzą kłębek sprzeczności. Oznajmia to niekiedy z pewnym zakłopotaniem albo, na odwrót, z przekorą i autoironią.

A właściwie jego zdumiewające, gwałtowne – mam ochotę powiedzieć – niecierpliwe, tak bardzo dla niego charakterystyczne przerzuty z powagi w niepowagę, no i z jasności w ciemność, z nastroju w nastrój, z pokory w pychę lub na odwrót, z miłości w agresję, z przyjaźni w odrazę, z solenności w błazeństwo i w czysty wygłup, te wszystkie zagadkowe wolty skąd się brały? Czy nie z nagłego nadmiaru autorefleksji i z wewnętrznej szamotaniny, którą maskował czymś dziwnym?

8

Może wobec tego jeszcze jedna dedykacja. Podarował mi tom drugi „Mitologii Greków” Karla Kerenyiego w języku niemieckim („Die Mythologie der Griechen, Band 2, Die Heroen-Geschichten”, wydanie kieszonkowe) z następującym wpisem:

Wielce Szanownemu Drogiemu Panu
Jackowi Bocheńskiemu
z prośbą o zamieszczanie (regularne!)
moich utworów
w Jego poczytnym
Organie
uniżony sługa
Worszoł, 11.I.1981
HERBERT KERENYI VON ZBIGNIEW

PS Tom pierwszy zostanie uzupełniony jeśli współpraca ułoży się pomyślnie!

H.K. von Z.

Cóż to znaczy? Otóż Herbert wrócił do Warszawy z kolejnego pobytu w Berlinie Zachodnim i natychmiast przyjął zaproszenie do uczestnictwa w zespole redakcyjnym wychodzącego poza cenzurą „Zapisu”, gdzie już w roku 1977, zachęcony przez Wiktora Woroszylskiego, drukował wiersze. Zwróciłem oczywiście uwagę na osobliwość dedykacji. Ale nie przypominam sobie, żebym był zaskoczony jej formą. Przyzwyczajony do pomysłów Herberta, nie próbowałem analizować treści. Dopiero dziś, bogatszy o doświadczenie następnych dwudziestu lat, usiłuję się czegoś ex post domyślić. Skąd Worszoł? Aluzja brzmieniowa do Warsaw? Do Warschau? Do warchoła? Do Warhola (Andy)? Nie, to bez sensu. Po co przemieszał siebie z Kerenyim? Dlaczego ja nagle stałem się Wielce Szanownym Drogim Panem? Dlaczego tak podkreślił swoje ubieganie się o publikację w „Zapisie”? Przecież za chwilę mógł już sam współdecydować o wszystkim, co dotyczyło „Zapisu”. Z powodu nieobecności w kraju przystąpił do zespołu późno, ale z entuzjazmem. Należał do bardziej obowiązkowych członków redakcji, czego wcale nie powiedziałbym o każdym. Sumiennie przychodził na zebrania, czytał materiały, opiniował, był wewnątrz. Niestety, „Zapis” miał potrwać już tylko rok niespełna. Po wprowadzeniu stanu wojennego przestał istnieć. Ostatni numer wydano jeszcze w Londynie, a ja pierwszego tomu „Mitologii Greków” Kerenyiego nigdy nie dostałem, oczywiście wskutek niezupełnie regularnej współpracy z Herbertem, nieco zakłóconej akcjami generałów Jaruzelskiego i Kiszczaka.

Współpraca jednak trwała. W stanie wojennym powstał mniejszy „Nowy Zapis”, wymyślony, stworzony i redagowany przez Martę Fik. Ja jej tylko w skromnym zakresie pomagałem. Zasadą była teraz, w przeciwieństwie do starego „Zapisu”, anonimowość autorów, żeby, jak się nam wydawało, dać ludziom przykład koniecznej w stanie wojennym konspiracji i zastąpienia osobistych ambicji duchem bezinteresownej solidarności. Autorem, który chyba najszybciej pojawił się u mnie z tekstem dla tego podziemnego pisma anonimów, był Zbigniew Herbert. Wiersz nieznanego poety (pierwodruk) pod tytułem „Raport z oblężonego miasta” opublikowaliśmy na pierwszej stronie „Nowego Zapisu” z datą grudzień 1982.

9

Do dzisiaj żyję z poczuciem, że o tamtym czasie nie napisano nic prawdziwszego i bardziej przejmującego niż „Raport z oblężonego miasta”. Mówiąc z grubsza, był to wiersz o stanie wojennym i tak go rozumiano. W istocie tekst nie zawierał ani słowa o realiach owego stanu, odwoływał się wyłącznie do konkretów z innej rzeczywistości, mianowicie historyczno-fantastycznej. „Miasto” oblegają „Goci Tatarzy Szwedzi hufce Cesarza pułki Przemienienia Pańskiego”. Ale „magazyny puste”, „burmistrz zamordowany przez niewiadomych sprawców”, „popełnił samobójstwo N.N. niezłomny obrońca”, „nie ma wody”. Człowiek to czytał i ulegał przemożnemu wrażeniu, że obcuje z wiernym obrazem przeżywanych właśnie zdarzeń współczesnych. Zapytacie: Dobrze, ale jaki człowiek? Jeden ulegał, drugi nie ulegał. Na wszelki wypadek odpowiem: ja ulegałem.

Można więc „prawdziwie” opisać współczesność, konstruując opis wyłącznie z fikcyjnych elementów nie tyle nawet historii, ile historycznego surrealizmu. A jak „prawdziwie” opisać starożytność? Herbertowi, który przez całe życie zmierzał do tego celu i nigdy nie doszedł do końca drogi, przyświecają bodaj trzy dewizy, trzy najważniejsze warunki opisu prawdziwego: należy zgromadzić możliwie obszerną wiedzę faktograficzną o przedmiocie i śmiało dzielić się nią z czytelnikiem; należy traktować z maksymalnym sceptycyzmem uznane poglądy intelektualistów, humanistów, estetów, archeologów, konserwatorów, rekonstruktorów i tak dalej. Należy zaufać własnym zmysłom, aby postrzec autentyczną naturę ludzką w jej pierwotnych, zgoła biologicznych manifestacjach i dzieła ludzkie, „jakie są”, nie zafałszowane błędnymi lub sztucznymi objaśnieniami.

Prawdziwy będzie zatem fakt, że sarkofag z Hagia Triada w herakliońskim muzeum na Krecie zrobiony jest z kamienia wapiennego i ma 137 centymetrów długości. Ale mnie jeszcze prawdziwsza wydaje się podana w tym samym zdaniu deklaracja, że Zbigniew Herbert gotów byłby właśnie ten świadczący „o przewadze dzieł sztuki nad dziełami literatury”, nie dopuszczający do siebie „hałaśliwych i przemądrzałych” intruzów, broniący się „skutecznie przed interpretacjami”, „równy samemu sobie” sarkofag wynieść z pożaru, gdyby nadarzyła się taka okazja, choć niewykonalność zamiaru autora ze względu na ciężar sarkofagu nie pozostawia raczej wątpliwości.

Prawdziwe będzie oczywiście twierdzenie szkolne, że legenda o Tezeuszu i Minotaurze „jest to legenda grecka”. Ale mnie jeszcze prawdziwszy wydaje się dalszy ciąg zdania, następujący po przecinku i rozwijający myśl Herberta: „antykreteńska i jak wszystko, co jest tylko anty – krzywdząca”. Warto sobie zapamiętać, że w systemie tak-tak, nie-nie jednak też w ten sposób myślał.

Wiele dowiedziałem się z „Labiryntu nad morzem” o Grecji. Do książki jest wręcz wpisane coś w rodzaju skrótu czy przeglądu jej dziejów, widać to szczególnie w „Akropolu”. Lecz nie wiadomości o Grecji, sumiennie zebrane przez autora, były dla mnie najważniejsze. I nie, zdaniem Herberta, wiarygodniejsza, „prawdziwsza”, bo odskrobana spod nawarstwień interpretacyjnych, wystawa dzieł sztuki czy zabytków architektury. W końcu autor nic innego nie czyni, tylko nadaje im kolejną, swoją interpretację. Mówi nam o swoim, współczesnym, z drugiej połowy XX wieku pochodzącym przeżyciu i rozumieniu antyku. No i bardzo dobrze. Nie wierzę w możliwość dotarcia przez jakiegokolwiek pisarza do „prawdziwej” starożytności. Wierzę w autorską możliwość dotarcia do współczesnego siebie. I właśnie to jest ciekawe, jeśli oczywiście ciekawy jest autor. A w tym wypadku zaiste jest.

Jeśli można przekonywająco opisać współczesność środkami surrealizmu historycznego, jak w „Raporcie z oblężonego miasta”, to starożytność można najbardziej przekonywająco opisać, według mnie, elementami współczesnymi. Herbert tak nie myślał. Szedł w przeciwnym kierunku, usiłując dotrzeć do autentycznego, pierwotnego wyglądu spraw. Jednak nie jakaś autentyczna Grecja olśniewa mnie w „Labiryncie nad morzem”, lecz autentyczny Zbigniew Herbert, który na Grecję po swojemu reaguje.

10

Jego okrzyczana ponad wszelką miarę w publicystyce ostatniego dziesięciolecia wypowiedź z „Hańby domowej” nie należy do rzeczy. Dygresja, którą mimo to zrobię, grozi otwarciem tematów częściowo zmistyfikowanych, zgiełkliwych i paskudnych. Nie chcę przykładać do nich ręki. A jednak czuję, że w swojej przydługiej i rozkojarzonej opowieści o labiryntach Herberta nie powinienem wątku „Hańby domowej” przemilczeć.

To mnie cofa znów do czasów podziemnych. Powiem o tym tyle, ile muszę. Mianowicie sam przyczyniłem się do powstania książki pt. „Hańba domowa”, i to dwojako.

Po pierwsze, czułem potrzebę osobistą i rozumiałem potrzebę społeczną opowiedzenia w podziemnym wydawnictwie, bo przecież nie można było gdzie indziej, o błędach swojej młodości, to znaczy o coraz mniej zrozumiałym dla następnych pokoleń młodzieży opętaniu marksizmem w pierwszych latach po II wojnie światowej. Razem z moimi przyjaciółmi, nielicznymi tak zwanymi dysydentami, od lat już prześladowanymi w PRL, wciąż jeszcze przetrawialiśmy, roztrząsaliśmy i przechorowywaliśmy, każdy po swojemu, te dawne koszmary. Dlatego chętnie i w dobrej wierze dałem wywiad do owej „Hańby domowej” w odpowiedzi na zadaną kwestię „jak to było możliwe, bo pytają młodzi ludzie”. Oczywiście, powiedziałem rzeczy elementarne i pobieżne, w skrócie, w trybie objaśnienia dla zdezorientowanych wychowanków szkół i czytelników gazet w PRL, ze zbędnym raczej udziałem rozmówcy. Nie była to żadna spowiedź pisarza. Spowiedzi dokonuje pisarz całą twórczością i życiem, nie potrzebuje do tego asystentów.

Nie byłem w tym przedsięwzięciu jeden. Wiedziałem, że poprzedzili mnie moi ówcześni, dziś już zmarli przyjaciele: Jerzy Andrzejewski, Wiktor Woroszylski, Witold Wirpsza, Julian Stryjkowski, ponadto Jarosław Marek Rymkiewicz, a lada dzień miał się dołączyć Zbigniew Herbert. Był rok 1985.

Po drugie, poproszony przez Jacka Trznadla o skontaktowanie go z podziemnym wydawnictwem, wskazałem mu drogę i umożliwiłem publikację „Hańby domowej” w Niezależnej Oficynie Wydawniczej NOWA.

Wkrótce otrzymałem do przeczytania wywiad z Herbertem.

Uderzyła mnie, ale to nic dziwnego, nadzwyczajna ekspresja literacka tekstu. Pod względem siły wyrazu ten wywiad był najlepszy ze wszystkich, chociaż chaotyczny. Zarazem rzucała się w oczy obsesyjna i bezwzględna, lecz zupełnie płaska jednostronność analizy. Inżynierowie dusz, „powiedzmy” Tadzio i stare konie, działali ze strachu, pychy i dla korzyści materialnych. Pomyślałem: przecież on musi wiedzieć, że to nie tak, przecież musi wiedzieć, że nie zawsze i nie wszyscy, przecież musi wiedzieć, że takich schematycznych sytuacji nie ma na świecie. Ale zaraz pomyślałem coś jeszcze: przecież on to już przy mnie mówił, uważaliśmy, że po alkoholu, ale mówił, nie wszystko, ale jakieś kawałki tego raz po raz mówił.

Gdy mówił lub robił coś po alkoholu, było wiadomo, że na drugi dzień może odwołać. Chociaż niekoniecznie, bo może się uprzeć i obstawać przy swoim. Napotykałem (między innymi za granicą) popsute z takich niezrozumiałych powodów stosunki, znajomości, przyjaźnie Herberta. On sam w „Kochanych zwierzątkach” pisze do państwa Czajkowskich:

…wieczorem napadł mnie diabeł, poszedłem do Anioła do teatru, a potem w dystyngowanym towarzystwie zachowywałem się źle. I jeszcze, Bóg wie czego, przyczepiłem się do Anioła (…). Na drugi dzień jak struty łaziłem z kwiatami i przepraszałem obrażonych Austriaków.

A gdzie indziej: …nagadałem głupstwa dyrektorowi Burgtheatru i Grassowi. To pierwsze słuszne, drugie raczej nie.

Otóż „głupstwa”, których nagadał polskim kolegom w „Hańbie domowej”, uznał za słuszne. Myślę, że to nie ulega wątpliwości. W tym wypadku się uparł. Niczego nigdy w swoim wywiadzie nie zmienił, nie skorygował, nie wycofał, choć mogły być chwile, i z pewnością były, jak twierdzi Katarzyna Herbertowa, gdy robiło mu się z tego powodu nieswojo. To, co zostało powiedziane, mówiła gorsza część mojej istoty, którą wyrzucam za drzwi, kiedy próbuję pisać – ta uwaga, jedna z końcowych i bardzo podobna do zapamiętanego przeze mnie określenia „ciemna strona mojej natury”, wygląda właśnie na dopisaną podczas autoryzacji.

Dodam, że mnie osobiście niczym nie dotknął, a ja zawsze uważałem: on jest na prawach specjalnych, jemu wolno.

11

W „Labiryncie nad morzem” ucierpieli nawet starożytni pisarze greccy. Cytuję:

Patronem sztuki [w Sparcie – przypisek mój – J.B.] był Tyrteusz – autor hymnów i ód – dwu rodzajów literackich, które po wiekach znalazły uznanie w oczach Saint-Justa.

Sparta miała jednak swoich wielbicieli. Byli to oczywiście intelektualiści – Platon, Ksenofont, którzy, jak to oni, wolą państwa rządzone przez ideę niż przez nieobliczalne i podejrzane prawa życia.

Herbert nie mówi, jakie właściwie pretensje ma do Tyrteusza. Czujemy tylko, że je ma, i musimy się ich domyślić. Jedyną wskazówką może być Saint-Just, którego uznanie kompromituje greckiego poetę, ponieważ wiemy, że Saint-Just był w czasie rewolucji francuskiej zwolennikiem terroru, zanim sam został stracony.

Jak niegdyś mój ojciec – filolog, nauczyciel łaciny i greki, który nie widział różnicy między antykiem a dniem dzisiejszym, językiem archaicznym i współczesnym – podobnie Herbert nie lubi uznawać praw czasu i nie chce słyszeć o historycznej względności norm i kryteriów. Normy aksjologiczne, tak moralne, jak estetyczne, i kryteria prawdy, czy jakiekolwiek inne, mają być wspólne dla wszystkich epok, obowiązują tak samo Tyrteusza, Saint-Justa, Herberta i mnie. „To i to pochwalam według mojej, czyli uniwersalnej miary – zdaje się mówić autor „Labiryntu” – czego innego nie pochwalam, to mi się podoba, tamto nie podoba, to jest dobre, tamto złe”.

Jednak Tyrteusz, właściwie Tyrtaios, Ateńczyk, przyjęty, dziś powiedzielibyśmy – naturalizowany w Sparcie, zagrzewał Spartan w swych elegiach „obywatelskich” do dyscypliny i walki z Messeńczykami, przekonany, iż czyni rzecz w najwyższym stopniu budującą i chwalebną. Czy się mylił? Oczywiście, tylko czy w VII wieku przed Chrystusem mógł o tym wiedzieć? Zapewne nie przewidywał, że my w drugiej połowie XX wieku po Chrystusie staniemy się liberalnymi pacyfistami. Starożytni bardzo go chwalili. Ale czy w tych samych latach nie żył w Sparcie jakiś usposobiony pokojowo poeta, emigrant wewnętrzny, zmuszony do milczenia? Nic o tym nie wiadomo. Gdyby jednak natura ludzka była wszędzie i zawsze ta sama, powinien się taki znaleźć.

W czasach nowożytnych Tyrteusz inspirował nie tylko Saint-Justa, lecz również polskich poetów patriotycznych od Anczyca do Norwida. A przecież dziś może ktoś zapytać: czy Tyrteusz nie zachęcał do takich samych aktów na Peloponezie, do jakich w Jugosławii poeta Karadżić? Mężni Spartanie w VII wieku z pewnością nie byli subtelniejsi od współczesnych nam Serbów. Co wobec tego mamy zrobić z autorami „hymnów i ód” gloryfikujących czyny bojowe przeszłości?

W Polsce nie brakuje krytyków Oświecenia i rewolucji francuskiej, w dodatku są to ludzie różnych orientacji. Jeden z nich powiedział mi: „W Marsyliance mówi się: Maszerujmy i niech w ślad za nami ziemia nasiąka krwią nieczystą. Tego nie powinno być w hymnie. To Francuzi powinni zmienić”. „A w naszym hymnie – odpowiedziałem – mówi się, że co nam obca przemoc wzięła, szablą odbierzemy”. Na to usłyszałem: „Też powinniśmy to zmienić”.

Nie miałbym ochoty zmieniać hymnów ani się ich wyrzekać. Wolałbym nabrać pewności, że myśmy się zmienili i nic nikomu nie zamierzamy odbierać szablą, natomiast hymny śpiewać po staremu, oddając szacunek sobie i przeszłości, zaklętej w swój historyczny kształt razem z jej nieuniknionymi prawdami-omyłkami i cnotami-grzechami.

Żal mi Platona, a może jeszcze bardziej Ksenofonta, świetnych pisarzy, których jakby trochę mimochodem Herbert się czepia. Obaj bywali wynalazcami prawd–omyłek, to pewna. Ksenofonta zafascynował perski absolutyzm jako wzór rządów, lecz także Sokrates. W istocie cała historia filozofii oraz myśli społecznej (za nią obrywa Platon) składa się z ciągle nowych, błędnych pomysłów, dzięki którym jednak szczęśliwie istnieje. Podobnie historia polityczna świata składa się z poronionych i okropnych przedsięwzięć, dzięki którym jednak my w sumie istniejemy na obecnym poziomie cywilizacji, dobrym czy złym, ale przecież.

Zaszczepieni grecką surowicą przeciwko niezdolności do szacunku, wybaczmy „Republikę” Platonowi i „Cyropedię” Ksenofontowi. Ja na przykład temu drugiemu wybaczyłbym wszystko za czysty jak geometria, prosty i wyrazisty język. U Platona może z tym gorzej. Ale są to wielcy pisarze i trzeba ich przyjąć takimi, jacy są, łącznie z błędami. Lepiej niczego z nich nie wyodrębniać, zwłaszcza tego, co dziś akurat wydaje się tytułem do kompromitacji lub chwały, zwłaszcza pozaliterackiej. Bo te poczucia mogą się jutro zmienić. Lepiej uznać: jest, co jest. Jest jedno i drugie. W krytykowanych przez Herberta pisarzach i w Herbercie też.

12

O jego ostatnich, najsmutniejszych latach dogasania, które stały się przedmiotem wulgarnej kontrowersji w mediach, wiem najmniej. Gdy ostatecznie wrócił do Polski w roku 1992, nasze kontakty zostały ledwo nawiązane i prawie zaraz się urwały. Kiedyś jeszcze zadzwonił, żeby nagle powiedzieć kilka bardzo serdecznych słów, wyraźnie chciał je powiedzieć, ale rozmowa trwała krótko, i to był koniec.

Nie wiem, co miał znaczyć jego nie zrealizowany plan uzupełnienia „Labiryntu nad morzem” poza wojną peloponeską szkicami o potędze i upadku Rzymu. Czy był w tym jakiś głębszy zamysł, czy tylko mechaniczne skojarzenie dwu połówek antyku? Zamykająca książkę, chyba niedokończona „Lekcja łaciny” nie daje odpowiedzi na to pytanie. Podobno fragment szkicu z nagłówkiem „Upadek Rzymu” znaleziono w papierach pośmiertnych. Czyżby autorowi chodziło właśnie o ten upadek, o tradycyjną, katastroficzną wizję końca? Tego już się nie dowiemy.

W jego publicystyce z lat dziewięćdziesiątych jestem, szczerze mówiąc, słabo oczytany. Znam tylko jej fragmenty, nastrój i ogólny kierunek. Publicystyka poetów albo jest poetycka i wtedy za nic nie odpowiada, albo musi się wyrzec poetyckich licencji i staje się trywialna. Tak czy owak, wielki Herbert, zredukowany do publicystyki, malał w żenujący sposób. Dlaczego to robił?

Nie mam tyle pewności siebie, ile różni najnowsi znawcy duszy poety, którzy wszystko wiedzą lepiej i bardzo się w tej sprawie rozwrzeszczeli. Czy powinienem zaglądać do jeszcze jednego labiryntu, gdzie im głębiej, tym ciemniej i mieszka potwór? Skąd się tam wziął?

Intuicja mówi mi, że ten ostatni, przedśmiertny Minotaur był własny, nie podrzucony przez nikogo, urodził się w Herbercie i żył w nim od młodości, jedynie rozrósł się chorobliwie na starość, nie bez udziału, być może, gorliwych dostarczycieli furażu. Mityczny Minotaur żywił się młodzieżą ateńską, ten, który siedział w gasnącym Herbercie, też niestety pożerał ludzi, niekiedy jego najlepszych przyjaciół.

Jak to było możliwe? Choroba? Czy Minotaur nie żerował na ciele samego Herberta? Nie wiem i nie mnie o tym sądzić. Choroba organizmu, przykuwająca latami do pościeli, odcinająca fizycznie od ludzi i tamująca oddech, jest to coś, przed czym wzdryga się dociekliwa wyobraźnia.

Natomiast choroba psyche (dzień-noc, światło-ciemność, ciepło-zimno) nigdy nie była tajemnicą dla tych, którzy go znali. Mogła ograniczać samokontrolę, mogła przede wszystkim zaogniać i rozjątrzać ból, lecz chyba Herbert pisał, co chciał, nie co mu ktoś kazał. Jeśli ja w życiu pisałem głupstwa, to dlatego, że uważałem głupstwa za coś mądrego i chciałem je napisać, a nie dlatego, że mi ktoś kazał! Jedni popełniają błędy w młodości, drudzy w podeszłym wieku. Ale błędy, jak zauważyliśmy, zdarzają się i są nieuniknione od czasów Tyrteusza i Platona, a my nie oceniajmy ich zbyt pośpiesznie. Bo błędy mają zazwyczaj jakiś poważny powód i wcale nie musi to być nikczemność albo małoduszność autorów.

Podejrzewam, że Herbert przeżywał w latach dziewięćdziesiątych takie samo rozczarowanie i rozgoryczenie, jakie doskwierało w Polsce milionom ludzi. Oczywiście, rzeczą śmieszną byłoby przypisywać mu zawiedzione nadzieje konsumpcyjne, „rozżalenie” inteligenta lub „niezaradność” na rynku, aczkolwiek te modne banały pisze się z łatwością przy wielu okazjach. W przypadku Herberta nie wahałbym się użyć innych określeń: ból moralny, zgorszenie cynizmem ustrojowym i politycznym, poczucie wielkiego fałszu publicznego, nieprawości i niesprawiedliwości. Są to zresztą doznania dość pospolite, a ja nie ośmielę się twierdzić, że bezpodstawne.

Aberracja zaczyna się wtedy, gdy wśród tych rzeczywistych plag ludzie odkrywają ich oszałamiająco proste przyczyny i niewątpliwego rzekomo winowajcę. Okrzyki najrozmaitszych takich odkrywców słyszymy zewsząd: „spisek”, „zdrada”, „hańba”, „sprzedali”, „ukradli”, „Ruscy”, „kler”, „komuna”, „Niemcy”, „Żydzi”, „masoneria”, „intelektualiści”, „etosowcy”, „powiesić”, „rozliczyć”, „do gazu” i tak dalej. Nic w tym nie ma sensu, wszystko budzi zgrozę, ale cały ten wir sprzecznych jadów szaleje naprawdę w duszy stłamszonego – nie waham się powiedzieć – ludu, no, niech będzie w duszy części ludu. A ci plebejusze, jak i z rzadka doznający objawienia patrycjusze, wybierają sobie, każdy wedle gustu i potrzeb, coś tam z bogatego repertuaru prawd absolutnych. Ich zaciekłość nie zna wtedy granic.

Otóż myślę, że Herbert, urodzony wyznawca tak-tak, nie-nie, chciał być na starość wieszczem tego zdołowanego moralnie i miotającego obelgi ludu. I pewnie nim został w osobliwej postaci publicystycznej, a może jeszcze bardziej w micie, zwłaszcza zaś we własnej wyobraźni, ponieważ niewątpliwie jemu samemu objawiło się coś nieodpartego, przed czym, jak się nieraz przekonano, nie zabezpiecza ani pochodzenie, ani intelekt, ani żaden dekalog. Być może w jego, Herberta, wewnętrznym labiryncie objawił się dorosły, od dawna hodowany Minotaur.

Jednak wlazłem do tego labiryntu, mimo że nie miałem zamiaru.

Znów zabrnąłem w rozmyślaniach za daleko, ale bomba tym razem nie wybucha. Jeszcze nie. Terroryzm ideologiczny czy polityczny, który powstaje w demokracjach, nie w państwach totalitarnych, na razie w Polsce nie istnieje. Wszystko w porządku. Człowieka i ściany mieszkania rozerwało, potem, co trzeba, zamurowali, okna zasłonili płytami pilśniowymi, wyrwane żaluzje i rozbite szkło sprzątnęli, została tylko choinka z zabawkami na balkonie. Nas to nie dotyczy. Terroryzm jest wewnętrzną sprawą gangów.

Zegar tyka.

Wlazłem do labiryntu, wyjść mógłbym łatwo dzięki nici Ariadny. Ariadną jest w tym wypadku Katarzyna Herbertowa – Kasia, bo prywatnie tak tylko mówimy o Katarzynie i do Katarzyny Herbertowej. W rozmowie z Jackiem Żakowskim dała Katarzyna Herbertowa swoją nić każdemu, kto tłucze się po labiryncie jak Marek po piekle, ale to nie powód, bym ja zaraz jej nici nadużywał.

Nie pójdę zabijać Minotaura. Moja ręka nie poważy się na to. Po pierwsze, nie jestem Tezeuszem. Po drugie, mam w pamięci wzruszającą wyrozumiałość, wręcz sentyment Herberta dla Minotaura kreteńskiego i rozbrajające wytłumaczenie tego sentymentu w „Labiryncie nad morzem”. Ten niespodziewany, wesoły i pełen czułości zwrot to właśnie cały Zbyszek, taki, jakiego pamiętam:

Biedny Minotaur! (…) Kiedy pierwszy raz ojciec opowiadał mi tę bajkę, uczułem bolesny skurcz serca i współczucie dla pół zwierza, pół człowieka, spętanego labiryntem i obcą sobie ludzką historią, pełną podstępów i toporów.

Przyczynił się zapewne do tego Maciuś, mój prywatny Minotaur, mieszkający pod schodami wiodącymi do piwnicy, któremu składałem ofiary z przysmaków (…) – czekolady i cukierki (…); był dla mnie niedostępny, wypełniony obcym życiem, rzadko odpowiadał pomrukiwaniem na moje litanie miłosne, na moje strzeliste akty uwielbienia, patrząc obojętnie z wyżyn swojej kociej boskości.

Jacek Bocheński
/Jacek Bocheński (ur. 1926) – pisarz, w latach 1997-99 prezes Polskiego PEN ClubuKsiążkę Zbigniewa Herberta „Labirynt nad morzem” wydała Fundacja Zeszytów Literackich w 2000 r./