Rozmowa z Haliną Herbert-Żebrowską, siostrą Zbigniewa Herberta

Dorota Wodecka-Lasota: Czy w dzieciństwie Zbigniew Herbert dawał się swojej siostrze we znaki?

Halina Herbert-Żebrowska: Myślę, że to ja dawałam się jemu we znaki, bo ja jestem starsza o półtora roku. On długi czas był mniejszy ode mnie, a poza tym jako pierworodna byłam ulubienicą taty. Ale w zasadzie żyliśmy w zgodzie.

-Nie dokuczaliście sobie?

– Raczej wspólnie mieliśmy różne przestępstwa na sumieniu, czego ponosiliśmy konsekwencje. Np. pamiętam, że w namiocie, który zrobiliśmy sobie w domu, paliliśmy papierosy skradzione ojcu. Nakryto nas, jak kłęby dymu zaczęły wydobywać się z namiotu i była z tego powodu awantura. Jedliśmy potem w kuchni, bo nie byliśmy godni jeść z tatą. Nie dostaliśmy, bo u nas były honorowe kary.

-Bardziej bolały?

– Czy ja wiem… Ja bym nie zniosła, gdyby mnie uderzono.

-Była pani pierwszą osobą, której czytał swe pierwsze wiersze?

– Nie. On nie czytał, był osobą, która nie zamęczała wszystkich czytaniem swoich wierszy. Dowiadywaliśmy się o nich, gdy ukazały się w jakimś piśmie. Później przysyłał nam je z dedykacjami, „Strunę światła” czy inne.

-A które są pani ulubionymi?

– Mam kilka takich. A propos pory roku, to bardzo lubię „Późnojesienny wiersz Pana Cogito przeznaczony dla kobiecych pism”. Jest śliczny. On pokazał w nim, że może być takim czystym poetą, bez żadnych poważnych przesłań. A drugi, również z tego tomu to „Pan Cogito rozmyśla o cierpieniu”. Ten wiersz dał mi bardzo wiele, że trzeba zachować spokój, dystans, że nie trzeba na zewnątrz obnosić się ze swoimi problemami.

-Które ze swoich utworów kochał najbardziej Zbigniew Herbert?

– Nie wiem. Natomiast wiem, że jako młody człowiek, w wyższych klasach gimnazjum czy na studiach, kiedy jeszcze studiował praktyczne rzeczy, jak ekonomia czy prawo, i nie zapowiadał się, że będzie poetą, praktykował jakby u różnych mistrzów słowa. Takim poetą naszego pokolenia, bardzo lubianym, ale może nie mistrzem był Konstanty Ildefons Gałczyński. Pamiętam, że brat ślicznie recytował i myślałam nawet, że może będzie aktorem. I jeszcze Pawlikowska-Jasnorzewska, bardzo celna, oszczędna w słowach, która w dwóch strofkach przedstawiała dramat swojej pięknej cioci albo…

…albo motyla.

– Właśnie. Nie była to jego jedyna ulubiona poetka. Na jednym z ostatnich spotkań poetyckich, w którym niestety nie wziął już udziału, odczytano jego przesłanie, w którym wymieniał swoich ukochanych poetów: Kochanowskiego, Karpińskiego, Słowackiego, Norwida i poetów Powstania Warszawskiego.

Gajcy…

– I Baczyński. Czy brat miał jakąś słabości i np. objadał się cukierkami?

– Lubił dobre jedzenie, ale nie jako dziecko, bo w tym czasie była wojna. A jako dorosły… Jak był taki bardzo chory, to robiłam mu ruskie pierogi, bo tylko ja ze Lwowa wyniosłam taką umiejętność. A we Lwowie w każdy piątek musiały być na obiad ruskie pierogi z dużą ilością dobrego sera. To w ogóle byłby koniec świata, gdyby nie było ruskich pierogów. On sobie bardzo je cenił i kiedy mu je przynosiłam, mówił: „Pierożyńska przychodzi”.

-Co pani czuje wobec faktu, że „Przesłanie Pana Cogito” stało się niejako biblią pewnego pokolenia?

– Mnie to tylko może cieszyć. Na pewno nie spodziewaliśmy się tego, bo przecież w literaturze nigdy nie można na nic liczyć na pewno. Może na tym polega jeden z jej uroków?

Dorota Wodecka-Lasota