Odszedł Mistrz, z którego wzorca czerpaliśmy wszyscy niczym ze skarbnicy.

Pierwszy raz zetknąłem się ze Zbigniewem Herbertem na początku lat 70. Pojechałem do Świdwina (wraz z Adamem Ziemianinem i Jurkiem Gizellą, wówczas młodymi krakowskimi poetami) po odbiór jednej z głównych nagród w Konkursie im. Jana Śpiewaka.

Byłem dumny jak paw, że spośród trzystu zestawów wierszy – mój znalazł się wśród czterech najlepszych, wybranych przez takich jurorów, jak: Anna Kamieńska, Zbigniew Bieńkowski, Jerzy Kwiatkowski i właśnie… Zbigniew Herbert, wówczas już legenda poezji polskiej. Z rąk mistrzów otrzymaliśmy nagrody, a po uroczystościach nie posiadaliśmy się ze szczęścia, że możemy biesiadować z nimi przy jednym stole, prawie do świtu, w serdecznej atmosferze.

Wodzirejem był autor „Pana Cogito”, który zdumiał mnie m.in. tym, że odbiegał zachowaniem od „górnolotnego” wyobrażenia, jakie stworzyłem sobie na jego temat przy czytaniu poezji. Wybitny Intelektualista, który z lekkim, kresowym akcentem intonuje pieśni: „Wojenko, wojenko”, „Maszerują strzelcy” itd. Miłe rozczarowanie, że on taki Wielki, a taki normalny. Je, pije tak samo jak my i jest uroczym gawędziarzem, ba, nawet dyskutuje z nami jak równy z równym. Przypominam sobie jak za mgłą, że próbowałem nawet oponować, mówiąc, że poezja jest dla wszystkich, z czym On się nie zgadzał. Twierdził, że jest dla wybranych, a poeta nie powinien podlizywać się publiczności.

Pozostała mi z tego wieczoru cenna pamiątka, dedykacja Autora na Jego „Wierszach wybranych”: „Józefowi Baranowi, bardzo niepotycznie, czyli prosto, Zbigniew Herbert”. W ferworze biesiadnej atmosfery gdzieś zaginęła jedna literka (miało być „niepoetycznie”) i tak już pozostało na zawsze.

Mistrz dopisał do jednego z wierszy dedykację: „- Węgrom” oraz „1956”, które to dopiski zostały skreślone przez cenzurę i nie znalazły się w zbiorze. Dopiero wówczas wiersz nabrał dla mnie pełnego znaczenia. Zrozumiałem, że powstał jako wyraz solidarności z węgierskimi bratankami:

Stoimy na granicy
wyciągamy ręce
i wielki sznur z powietrza
wiążemy bracia dla was
z krzyku załamanego
z zaciśniętych pięści
odlewa się dzwon i serce
milczące na trwogę

proszą ranne kamienie
prosi woda zabita
stoimy na granicy
stoimy na granicy
stoimy na granicy
nazwanej rozsądkiem
i w pożar się patrzymy
i śmierć podziwiamy

Wspominam o tym epizodzie, żeby unaocznić, jak w tamtych latach prowadziło się grę z cenzurą, a także dlatego, by udowodnić, jak ważne jest w doskonale skomponowanym liryku każde słowo…

Drugi raz widziałem Herberta w Krakowie, w 1982 lub w 83 r., w kościele Redemptorystów, gdzie zgromadził się ogromny tłum. Młodzi ludzie, choć nie tylko, szli na to spotkanie poetyckie jak na mecz lub mityng. Około 3 tys. słuchaczy siedziało w ławkach i na posadzce kościelnej, stało w nawach. Poeta czytał wiersze przed ołtarzem. Niekiedy z humorem, niekiedy poważnie odpowiadał na pytania pisane na kartkach i zbierane do kapelusza. Takie wiersze, jak: „Przesłanie pana Cogito”, „Raport z oblężonego miasta”, „Potęga smaku” wywoływały burzę oklasków, gdyż odczytywano je jednoznacznie, jako protest przeciwko systemowi totalitarnemu i stanowi wojennemu.

„Idź wyprostowany wśród tych co na kolanach/ bądź odważny gdy rozum zawodzi bądź odważny/ w ostatecznym rachunku tylko to się liczy/ powtarzaj wielkie słowa powtarzaj je z uporem/ jak ci co szli przez pustynię i ginęli w piasku/ a nagrodzą cię tym co mają pod ręką/ chłostą śmiechu zabójstwem na śmietniku/…/ – te słowa pełne patosu brzmiały w tamtym czasie przejmująco czysto i prawdziwie. Nawoływały do „postawy wyprostowanej”, do walki o dochowanie wierności postawie godnej człowieka, w czasach gdy ta wolność była łamana w nieodległej Nowej Hucie…

Równocześnie nie były to wiersze – agitki polityczne. Moralistyka miała wymiar uniwersalny, a nade wszystko, co ważne dla prawdziwej liryki – była oprawiona w piękną, elegancką formę, charakteryzującą zawsze poetykę Herberta. Poeta w „Potędze smaku” wręcz drwił z „Mefista w leninowskiej kurtce”. Albowiem retoryka komunistyczna była dla niego „parciana”: „łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy/ dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu”.

W gruncie rzeczy nasza odmowa była sprawą smaku, który każe wyjść, skrzywić się, wycedzić szyderstwo – mówił Poeta a wszyscy wierzyli jego słowom, bo nigdy, nawet w najgorszych czasach stalinowskich nie sprzedał się, co przecież uczyniło wielu jego kolegów po piórze.

Sprzeciw Zbigniewa Herberta wobec sowieckiego systemu miał swoje źródło w etyce, ale i estetyce. Jego zdaniem, przy tworzeniu tego systemu zapomniano, że piękno może być pomocne. Ironicznie dodawał od siebie, iż odmowa nie wymagała wielkiego charakteru, lecz poczucia smaku. „Gdyby nas lepiej i piękniej kuszono” – to, kto wie…

Spotkanie w nietypowej scenerii trwało kilka godzin. Było triumfem Poety, w owych czasach najpopularniejszego, wręcz kultowego… Jego wiersze krążyły w odpisach, wielu młodych ludzi znało je na pamięć. Przemysław Gintrowski uczynił Herberta wręcz bardem „Solidarności”, co miało swoją dobrą i złą stronę. Jego interpretacja pomijała to, co również ważne w tej poezji: dystans, dyskretne poczucie humoru, ironię, elegancję stylu i piękno metafory…

O Herbercie – współczesnym wieszczu narodowym piszą wszyscy. Podkreślają jego niezłomność postawy etycznej, bezkompromisowość. Dla mnie był jednak przede wszystkim rzeźbiarzem pięknej metafory, choć sam odżegnywał się od poetów – dekoratorów. Z ironią wyrażał się o tych poetach lirycznych, którzy są ornamentatorami, ozdabiaczami i sztukatorami, i potrafią służyć swoim talentem nawet tyranom:

(…) na ulicy radosnych pochodów
szary mur więzienny w oczy kłuje
brzydka plama w krajobrazie idealnym
sztukatorów co najlepszych wezwali
całą noc sztukatorzy malowali
nawet plecy tych co siedzą z tamtej strony na różowo

To prawda, że Jego myślenie o pięknie było obciążone powinnością patriotyczną, obywatelską, moralizatorską. Na szczęście sam był również magiem słowa i to jakim! Gdyby nim nie był, najszlachetniejsza moralistyka nie zauroczyłaby tak bardzo czytelników. Np. rzadziej przez krytyków przytaczane małe prozy z Jego zbioru „Hermes, pies i gwiazda” – to mistrzostwo zwięzłości, doskonałej kompozycji i pięknego, trafnego słowa. Pozwolę sobie przytoczyć parę fragmentów. Oto pełna wdzięku i oryginalności definicja pijaków: „Pijacy są to ludzie, którzy piją do dna i duszkiem. Ale krzywią się, bo na dnie widzą znów siebie. Przez szyjkę butelki obserwują dalekie światy. Gdyby mieli silniejszą głowę i więcej smaku, byliby astronomami”.

Albo równie liryczny i subtelny obraz skrzypiec, które „są nagie. Mają chude ramionka. Niezdarnie chcą się nimi zasłonić. Płaczą ze wstydu i zimna. Dlatego. A nie, jak twierdzą recenzenci muzyczni, żeby było piękniej. To nieprawda”. Albo opowieść o dróżniku: „nazywa się 176 i mieszka w dużej cegle z jednym oknem. Wychodzi mały ministrant ruchu i rękami ciężkimi jak z ciasta salutuje przelatujące pociągi”. A oto „Bajka ruska”: Postarzał się car ojczulek, postarzał. Już nawet gołąbka własnymi rękami nie mógł zadusić. Siedział na tronie złoty i zimny. Tylko broda mu rosła do podłogi i niżej. Rządził wtedy kto inny, nie wiadomo kto. Ciekawy lud zaglądał do pałacu przez okno, ale Kriwonosow zasłonił okna szubienicami. Więc tylko wisielcy widzieli co nieco. W końcu umarł car ojczulek na dobre. Dzwony biły, a ciała nie wynoszono. Przyrósł car do tronu. Nogi tronowe pomieszały się z nogami carskimi. Ręka wrosła w poręcz. Nie można go było oderwać. A zakopać cara ze złotym tronem – żal”.

Ile wdzięku, humoru, ale i uniwersalnej prawdy o naszych sąsiadach ze Wschodu (bajka może być przecież aluzją do śmierci Stalina i Breżniewa…), a przy tym jaka maestria w sztuce wyprowadzania ówczesnej cenzury w pole…!

Wzruszające wiersze rodzinne o matce czy ojcu, który „lubił France’a/ i palił Przedni Macedoński/ w niebieskich chmurach aromatu/ smakował uśmiech w wargach wąskich/ i wtedy w tych odległych czasach/ gdy pochylony siedział z książką/ mówiłem: ojciec jest Sindbadem/ i jest mu z nami czasem gorzko(…) – pokazują inne, liryczne oblicze Herberta.

„Pan od przyrody” (którego zabili „łobuzy od historii”), „Rozmyślania o ojcu” (którego tron wiózł na starość „na wózku handlarz starzyzną”), „Przypowieść o emigrantach rosyjskich”, „Elegia na odejście pióra atramentu lampy”, parę erotyków, kilkadziesiąt bajek poetyckich, utwory z tomu „Pan Cogito” i wiele, wiele innych wierszy z pozoru skromniejszych – są liryką czystą i niejako obniżeniem wysokiego tonu. Przez to wydają mi się bardziej ludzkie, na miarę przeciętnego człowieka.

Owszem, jest Herbert poetą olimpijskiego dystansu, poruszającym się swobodnie po ogromnych obszarach kultury śródziemnomorskiej… Poetą politycznym wreszcie: „wieszczem” skrojonym podług romantycznej miary. Ale oprócz tego tworzył cacka liryczne, o których nie należy zapominać, żeby samemu Poecie nie zrobić takiej krzywdy, jaką uczyniono ongiś Broniewskiemu, kreując go li tylko na barda rewolucji…

Cenię Herberta jako poetę wielkich syntez historiozoficznych, ubranego w tunikę starożytnego mędrca, ale osobiście bardziej lubię Go skromniejszego, pozostającego blisko człowieka, rzeczy, konkretu i odsłaniającego także swoje słabości. Albowiem posługując się argumentacją Autora wiersza „W pracowni”:

(…) Pan Bóg kiedy budował świat
marszczył czoło
obliczał obliczał obliczał
dlatego świat jest doskonały
i nie można w nim mieszkać
za to
świat malarza
jest dobry
i pełen pomyłek(…)

Odszedł Poeta rangi światowej (o Jego śmierci doniosły prawie wszystkie agencje, nie tylko europejskie). Ale odszedł też Mistrz, z którego wzorca pięknego pisania czerpaliśmy wszyscy niczym ze skarbnicy: poeci różnych opcji i pokoleń. Także ja, choć wyrastałem przecież w jakże innym niż on świecie – plebejskim („chłopców o twarzach ziemniaczanych” i „dziewczyn o czerwonych rękach”). Stąd trudno się dziwić, że obruszałem się niekiedy na Jego duchowy arystokratyzm i na – w moim odczuciu – niekiedy zbyt wysoki, patetyczny ton czy maksymalizm moralny, nie uwzględniający słabostek ludzkich i doprowadzony do krańcowości (vide: zawoalowany spór z liberalnym Miłoszem)…

Zdaję sobie jednak sprawę, jak bardzo wiele Mu zawdzięczam jako rzeźbiarzowi kunsztownej metafory… Choć bezpośrednio, los łaskaw był zetknąć mnie z Nim tylko dwukrotnie.

Józef Baran