Podczas ostatniej wizyty w Polsce, Gustaw Herling-Grudziński (na zdj.) udzielił wywiadu realizatorom filmu o Zbigniewie Herbercie pt. „Poeta obywatel”. Poniżej – obszerne fragmenty Jego wypowiedzi na temat wieloletniego serdecznego przyjaciela.

Poznałem go na uroczystej kolacji urządzonej przez Janka Lebensteina i jego matkę.

Podobał mi się z rozmaitych względów, ale przede wszystkim oczarowany byłem jego poezją. Po lekturze ?Barbarzyńcy w ogrodzie? zachwyciłem się jego esejami na tematy malarskie. Odebrałem je ze szczególnym wzruszeniem. Mieszkając we Włoszech, oglądałem bowiem wielokrotnie te arcydzieła, które on opisywał.

Najpiękniejsze szkice w „Barbarzyńcy w ogrodzie” to „Il Duomo” o katedrze w Orvieto i wspaniały szkic o Pierro della Francesca. Nie pisał ich literat lubiący malarstwo ? ja jestem właśnie takim odbiorcą malarstwa – ale poważny historyk sztuki, przygotowany do tego co pisze, bardzo oczytany, bardzo uważny. Więc mówienie o Herbercie, że ot, tak sobie, na marginesie swoich wierszy, zajmował się malarstwem – jest nieporozumieniem. Wiem, że jego przygotowania do książki o malarstwie holenderskim trwały bardzo długo, lata całe. Czytał, jeździł – dopóki był zdrów – do galerii holenderskich, gdzie mógł kontemplować konkretne obrazy.

Ale zobaczyłem też człowieka, który w każdych okolicznościach dochowywał wierności swoim ambicjom narodowym, politycznym, artystycznym i filozoficznym. Uważam go za jednego z ostatnich przedstawicieli ducha renesansu. Jego wszechstronność – w sensie ciekawości świata ? była niesłychanie rozległa. Potrafił rozmawiać o poezji, o malarstwie, o polityce, która go bardzo pasjonowała, nie na tyle jednak, żeby go wciągnąć w swoje tryby, chociaż miał przekonania, których wiernie bronił.

Był w swoich przekonaniach niezmiernie twardy i ci, którzy go znali, dostrzegali przede wszystkim wyraźnie tę jego wierność. Pamiętamy dobrze tę frazę z jego wiersza, brzmiącą:

„Bądź wierny Idź”, która była zawołaniem jego twórczości od początku do końca. Nie ma w jego życiu żadnych chwiejności. Wśród polskich pisarzy współczesnych Herbert był jedynym, który nie przeżywał takich gwałtownych wahań, jakie obserwowaliśmy u innych pisarzy.

Był wierny swoim poglądom i był wierny w swojej niechęci – żeby nie powiedzieć więcej ? do współczesnych ustrojów totalitarnych, do komunizmu. Taki pozostał do końca. Próba rzucania na niego cienia, co ostatnio jest swoistym ukrytym sportem, uprawianym w Polsce przez pewne koła, to delikatnie mówiąc nonsens.

Widziałem też Herberta lżejszego kalibru. Podczas wspomnianej kolacji u Lebensteina wydarzyła się taka śmieszna scena. Ten głupi Jerzy Andrzejewski chciał się koniecznie pochwalić, że dostał z Ameryki czek na 10 tys. dolarów. Toteż puścił go w obieg na dowód, że nie kłamie. Gdy czek dotarł do rąk Herberta, ten wykonał gest, jakby zamierzał go podrzeć. Andrzejewski zbladł, bo myślał, że to na serio, ale Herbert tylko się z nim podrażnił i oddał mu jego skarb.

Nie znosił zresztą Andrzejewskiego. Nie znosił literatów, którzy nie byli zaangażowani w to, co się dzieje dookoła nich i nie angażowali się na serio nawet we własną sztukę.

Zaprzyjaźniliśmy się wkrótce po tej kolacji. Spotykaliśmy się czasem w trójkę z Konstantym Jeleńskim. Herbert lubił rozmawiać o malarstwie, ale nie po to, żeby się popisywać. Był skąpy w wypowiedziach, ale widać było, że to miłość jego życia.

Wielkim jego marzeniem, z którego zrealizował tylko część, było napisanie obszernego dzieła na temat malarstwa holenderskiego. A otrzymaliśmy tylko „Martwą naturę z wędzidłem”. To niewielka książeczka i odnoszę wrażenie, że on w pewnym momencie – już chory – zrozumiał, że nigdy nie napisze tej książki, tak jak ją planował.

Był niesłychanie wrażliwy, podobnie jak ja, na tajemnice martwej natury. Dlatego zakochał się w malarstwie holenderskim. Dla Holendrów martwa natura to swoiste rozwiązywanie, odgadywanie rzeczywistości. Dlaczego tak wysoko cenił malarstwo holenderskie? Fascynowało go studium przedmiotu (napisał nawet tomik pod takim tytułem), tymczasem u Holendrów znalazł coś więcej, inny wymiar: przedmiot martwy, martwą naturę, a obok niej, czy blisko niej ? wizerunek ludzki. I tę niesłychaną umiejętność odtwarzania przez Holendrów otaczającego ich życia, począwszy od drobnych epizodów, w domach czy na małych uliczkach – do wspaniałego, wielkiego arcydzieła jakim jest „Widok Delft”. Czasem się zdaje, że ten obraz powstawał powoli i mozolnie z tych wszystkich prób dowiercania się do istoty martwej natury.

Mówię o tym z myślą o czytelnikach – miłośnikach Herberta, którzy chcąc nie chcąc troszeczkę odsuwają na bok jego wielkie upodobanie i uzdolnienia eseisty w zakresie tematów malarskich. Herbert ? poeta przede wszystkim.

Jeżeli nie dostrzeżemy Herberta jako wytrawnego znawcy malarstwa, to nie poznamy go do końca. Wiedział, o czym pisze, przeczytał wszystko, co inni na ten temat pisali, toteż gdyby chciał, to myślę, że mógłby zostać profesorem historii sztuki.

Herbert był człowiekiem trudnym, w tym sensie, że jeśli kogoś lubił, to lubił, a jeżeli czuł do kogoś antypatię, to też bardzo wyraźnie dawał ją odczuć.

Jego stosunki z Kulturą, w której wtedy pracowałem, bywały bardzo osobliwe. Demonstracyjnie podkreślał, że przyjeżdża do Maisons-Laffitte tylko do Czapskiego i omijał resztę. Czasem pozwalał sobie na dziwne wybuchy. Pamiętam taką scenę, że stanął przed jadalnią w Maisons-Laffitte i krzyknął „jesteście odpowiedzialni za zniszczenie Marka Hłaski”. To był kompletny nonsens. Po prostu lekką ręką, z dezynwolturą, zwalił winę za pewne kłopoty Hłaski, już za granicą, na Kulturę. Naprawdę bezpodstawnie.

Szczerze mówiąc, uważam jego wizyty w Maisons-Laffitte za trochę nieprzyjemne. Oprócz Czapskiego byli tam przecież inni ludzie zasługujący na to, żeby im się pokłonić i z nimi porozmawiać. Ale taki był Herbert. Szalenie kapryśny.

Już pod koniec swojego życia, przykuty do łóżka, ciężko chorował i rozmowa z nim była bardzo trudna, zwłaszcza, gdy się odbywała przez telefon. Trzeba było ją przerywać, bo on miał ataki astmy, duszności, więc nie mógł rozmawiać jednym ciągiem, ale było niesłychanie i ujmujące, i zachwycające, że on wszystkim się interesował do końca. I żył nie tylko w swojej poetyckiej i malarskiej sferze, ale w całej szeroko pojętej problematyce polskiej.

Chcę, aby Herbert był wspominany jako człowiek wspaniały też w tym sensie, że do końca był ciągle w pogoni za pełnią życia. Chciał wszystko wiedzieć, wszystkim interesował się do głębi, co nie jest rzeczą zwyczajną u człowieka bardzo ciężko chorego, który zresztą zdawał sobie z tego sprawę.

Wspomnę jego wyprawę – chyba już uświadamiał sobie, że to może być jego ostatnia podróż – do Mediolanu, do naszego wspólnego przyjaciela Francesco Cataluccio, u którego mieszkał tydzień czy dziesięć dni. Było to w okresie, w którym powstał późniejszy tomik wierszy pt. „Rovigo”.

Cataluccio opowiadał potem, a odkrył to już po jego wyjeździe, że gdy wychodził do biura, Herbert zaprzyjaźnił się ze stróżką. Siedział u niej godziny całe p ta stróżka zresztą była z tego bardzo dumna – i wydobywał z niej rozmaite informacje o tym, jak się żyje w Mediolanie i tak dalej, i tak dalej…

Podczas ostatniej wizyty w Polsce, w końcu maja br., Gustaw Herling-Grudziński udzielił wywiadu realizatorom filmu o Zbigniewie Herbercie pt. „Poeta obywatel”. Poniżej – obszerne fragmenty Jego nigdy nie drukowanych wypowiedzi na temat wieloletniego serdecznego przyjaciela.

Oczywiście, był bardzo wybitnym poetą. Nie będę się tu bawił w rankingi i zestawienia, ale zawsze go będę zaliczał do pierwszej dwójki czy trójki najwybitniejszych polskich poetów.

Przy całej mojej sympatii do Wisławy Szymborskiej, uważam, że jeżeli drugim laureatem Nagrody Nobla miał być polski poeta, to powinien nim być Zbigniew Herbert.

Charakterystyczne, że jakkolwiek naprawdę skromny i to w ujmujący sposób, interesował się tym, że jest brany pod uwagę jako kandydat do Nagrody Nobla. Pamiętam, że gdy z pewnego przyjęcia wyszliśmy po północy na ulicę, on w pewnym momencie nachylił się do mnie i powiada: ” wiesz, w Neue Züricher Zeitung ukazała się notatka, że powinienem dostać nagrodę Nobla”. Oczywiście pogratulowałem mu.

Geneza jego konfliktu z Czesławem Miłoszem polegała na starciu człowieka wiernego swoim opcjom, bardzo silnie je podkreślającego, i człowieka, który jest wybitnym poetą – nikt mu tego nie odbierze i na pewno zasłużył na Nagrodę Nobla – ale który miał poglądy polityczne, no, mówiąc ostrożnie, bardzo, bardzo dziwne… Można było usłyszeć od Miłosza rzeczy, które Herberta wprawiały po prostu w osłupienie i gniew. Dochodziło czasem między nimi do bardzo ostrych spięć. Niekiedy były zerwania na jakiś czas, a potem następowała ugoda, porozumienie. Herbert do Miłosza jako poety miał stosunek pełen podziwu. Jednak wobec Miłosza, który od czasu do czasu robił wyprawy w świat polityki, zwłaszcza na odcinku polskim, był w najwyższym stopniu niechętny. Pamiętam, że potrafił z błyskiem gniewu w oczach mówić o rozmaitych politycznych szaleństwach Miłosza i padały takie słowa, których nie będę powtarzał.

Herbert miał niezmiennie wrogi stosunek do komunistów i wręcz przesadnie niechętny do ludzi, którzy kiedyś byli komunistami. Był wobec nich przesiąknięty zupełnym obrzydzeniem.

Był niesłychanie twardy, zwłaszcza w tych sprawach, które decydowały o naszych losach, o naszej przyszłości, o naszym zachowaniu, o sposobie, w jaki próbowaliśmy walczyć o niepodległą Polskę. Pilnie tego strzegł i dlatego można powiedzieć, że jego stosunki z Miłoszem były ciągle podminowane.