W roku akademickim 1973/74 z inicjatywy szefa polonistyki na Uniwersytecie Gdańskim, prof. Jerzego Michno, sprowadzono Zbigniewa Herberta na wykłady do Gdańska. Ta moda zatrudniania przez uczelnię literatów przyszła z Uniwersytetu Warszawskiego, który w tym czasie fundował sobie zajęcia, prowadzone przez poetów i pisarzy.

Wykład jednego wiersza

Początkowo Zbigniew Herbert przyjeżdżał do Gdańska raz na dwa tygodnie, później rzadziej i dość nieregularnie. Mówił oczywiście o poezji. Każdy z wykładów dotyczył jednego poety, jednego intrygującego go w jakiś sposób wiersza.

Były tam również zakamuflowane wypowiedzi na swój temat, choć nigdy nie mówił wprost o własnej twórczości:

– Zastanawiał się nad postawą poetyckiego buntu – mówi doktor Kazimierz Kotowicz, psychiatra. Było to trochę jak tłumaczenie twórczości, czy opowiadanie poety o wierszu, którego jeszcze nie napisał. Tak jak w tomie wierszy Achmatowej „Z tajemnic rzemiosła”.

Do analizy wybierał swoich ulubionych poetów europejskich przełomu XIX i XX wieku. Do Herbertowskiego panteonu należeli głównie francuscy symboliści, „poeci wyklęci”: Paul Verlaine, Paul ValŽry, Jean Arthur Rimbaud, StŽphan MallarmŽ, Rainer Maria Rilke. Analizował także poezję anglojęzyczną Saint Johna Perse`a i Ezrę Pounda, a nawet szwedzką PŠra Lagerkvista, którą znał jedynie z przekładów.

– Namawiał studentów, żyjących za żelazną kurtyną, do uczenia się języków i poznawania kultur, zwłaszcza rodzimej europejskiej. Powiedział nawet, że polonista, który nie czyta w innych językach, to nie polonista a humorysta – zapamiętała dr gdańskiej polonistyki Ewa Graczyk. – Mnie szczególnie zafascynowała interpretacja słynnego sonetu GŽrarda Nervala o czarnym słońcu.

Bez nagrywania

Przygotowywał się ponoć bardzo starannie. Fascynowały go arcydzieła, o których mówił. Balansował – jak na wiecznego ironistę przystało – między tonem poważnym i żartobliwym:

– Mimo że wszystkie wykłady były oparte na jednym schemacie, Herberta pochłaniał temat, o którym mówi, a nierzadko sam dla siebie coś odkrywał. Na początku czytał wiersz w oryginale, później zaś dawał dwa, trzy przekłady, czasem swoje własne. Przekład poetycki porównywał też z tłumaczeniem dosłownym. Objaśniał tajniki słowa, głównie prowadził monolog, choć zdarzała się wymiana zdań – mówi prof. Małgorzata Czermińska, przewodniczka dostojnego już wówczas gościa po gdańskiej uczelni. – Mieliśmy zakusy, żeby nagrywać te spotkania, lecz nie pozwolił nam. Powiedział, że przeszkadzałaby mu ta świadomość. Szkoda, może jeszcze za życia powstałby znakomity cykl esejów, ale wbrew jego woli nikt się nie odważył. Moje notatki niestety gdzieś przepadły, zresztą trudno było notować. Herbert doskonale pasował do wybranych przez siebie utworów, a one do jego sposobu widzenia rzeczywistości.

Chodzenie na Herberta

Był już wówczas bardzo cenionym poetą, czytelnicy znali kilka jego poetyckich tomów: debiut Ô56 roku „Strunę światła“, „Hermesa, psa i gwiazdę“ (1957), „Studium przedmiotu“ (1961), „Napis“ (1969) i wydany w 1973 roku nakładem wydawnictwa Czytelnik „ Wybór poezji i dramatów“. Gdy zajęcia miały się ku końcowi, właśnie ukazał się tomik zatytułowany „Pan Cogito“.

Wykłady odbywały się w zatłoczonej małej auli Uniwersytetu Gdańskiego przy Wita Stwosza 55 w Oliwie.

– Z pewnością początkowo słuchacze przychodzili na samego Herberta, jego wykłady były jednak dość specjalistyczne i rozmijały się trochę z oczekiwaniami studentów – mówi gdański poeta, profesor Kazimierz Nowosielski – On sam męczył się z tym, widząc słabnące zainteresowanie. Nie miał umiejętności bycia osobą publiczną, zaś duża sala sprawiła, że wyparowała intymność obcowania z wierszem, którą próbował stwarzać, tropiąc subtelności przekładów. Czuł, że nie jest to do końca tym, czego oczekują od niego słuchacze i czego sam by po sobie oczekiwał. W odpowiedzi na mój tomik „Uparte oddychanie”, w którym zadedykowałem mu wiersz „Powrót do Elsynoru” napisał: „Gdybym był tak uczony w piśmie jak Pan, przesłałbym na pewno szczegółową analizę Pana poezji. Niestety tego nie potrafię, a może to nawet dobrze. Proszę mi wierzyć, że rzadko kiedy udało mi się przeczytać tom od deski do deski z niezmąconym estetycznym zadowoleniem„ – pisał w liście z 16 maja 1990 roku.

Poeta i pies

Wszyscy słuchacze wykładów Herberta podkreślają także powściągliwe, pełne dystansu i subtelnej ironii poczucie humoru wykładowcy.

– Powołując się na esej W. H. Audena o szkole poetów, podawał warunek hodowania psa przez każdego młodego poetę – wspomina historyk literatury dr hab. Stanisław Rosiek. – Któryś z domorosłych poetów nawet ostentacyjnie opuścił salę na jednym z Herbertowskich wykładów, ale nie powiem który. Dla mnie najważniejsza jest pamięć tego spotkania.

Z czasów tych przetrwały nieliczne anegdoty. Gdy pod koniec semestru grono słuchaczy rozrzedziło się, powiedział ponoć, że indeksy podpisywać będzie w toalecie. Ostatni wykład, jak się zdaje, w ogóle się nie odbył:

– Pod koniec drugiego semestru wykłady urwały się. Nie mam w indeksie podpisu Herberta, pozostał tylko mój wpis. Nie wtajemniczono nas w przyczyny: polityczne czy zdrowotne – mówi słuchaczka tych wykładów Bogumiła Klein. – Nie znałam francuskiego, ale na spotkaniach z Herbertem urzekła mnie melodia tego języka i atmosfera czytanego przezeń słowa. Był skupiony i skupiał naszą uwagę na tym, co mówił.

A tak wspomina cykl uniwersyteckich wykładów Herberta inna słuchaczka Małgorzata Dziergowska:

– Chodziłam na wykłady Herberta. Mówił nieco niedbale, z pewną dozą nonszalancji i owej gwiazdorskiej pewności siebie, która czyni każde słowo ważnym. Był już wówczas znanym poetą – dodaje Dziergowska. – Mówił do prawie pustej sali, o co (z należytą ostrożnością) zadbały władze uczelni. Jego racjonalizm budził protesty. Logika, z jaką analizował Eliota, zadziwiała i irytowała zarazem. Odnajdywałam w nim rys Petroniusza, „arbitra elegancji“, niegdysiejszego profesora szacownej poważanej uczelni. Był mistrzem w demaskowaniu mitów. Moje próby literackie skwitował milczeniem, które niekoniecznie było miłe i budujące.

Ryzyko życia

Zapamiętany został dowcip, opowiedziany przez Herberta na jednym ze spotkań autorskich w Gdańsku, w Duszpasterstwie Środowisk Twórczych u ojców dominikanów, na tak zwanej Górce. Poeta pytany o ów obowiązek wytrwania przy wartościach, zawartych w „Przesłaniu Pana Cogito“, opowiedział historię skąpego Szweda, którego jedynym dobrym uczynkiem były dwa grosze rzucone ubogiemu. Bóg za pośrednictwem św. Piotra miał go odesłać do diabła, po spłaceniu tego długu wdzięczności. Ryzyko związane z życiem znaczy więcej niż dwa marne grosze, konkludował Zbigniew Herbert.

Anna Malcer

/”Dziennik Bałtycki” lipiec 1999r./