W nocy z niedzieli na poniedziałek zadzwonił Zbigniew Herbert i zaprosił do siebie. Udałem się. To nie było jego warszawskie obejście, tylko jakiś ogród, w nim podłużne stoły po przyjęciu na wolnym powietrzu. Gdzieś tam na uboczu krzątała się żona, Katarzyna. Spóźnieni goście po kątach. Resztki uczty. Porozmawialiśmy. O niczym szczególnie wielkim. O tym, jak się czuje (zupełnie opuściła go astma, ale z przyzwyczajenia oszczędzał siły), co u mnie słychać (a, tak sobie). Bardziej od samej rozmowy zapamiętałem atmosferę. Niedopowiedzenia, a nawet wprost nieszczerości z mojej strony. Wiedziałem, wiedziałem na pewno, że Herbert od paru dni nie żyje, a rozmawiałem z nim jak gdyby nigdy nic. Gdy skarżył się na jakichś drapichrustów (tego właśnie użył słowa), którzy za nim łażą, przeszkadzają – udawałem że nie wiem o kogo chodzi: łapiduchów w kitlach i sutannach. Rozmawiał jeszcze z robotnikami, którzy obsiedli parapety. Zdjął koszulę, został w białym podkoszulku, jak oni. Widziałem, że jest już zmęczony. Usiadł wreszcie sam przy stole w innym kącie (napowietrznej sali? odgrodzonej pergolą części ogrodu?) żeby coś zjeść. Podszedłem wtedy się pożegnać. Życzyłem mu, poklepując plecy, żeby nie dał się drapichrustom. Udałem się – pieszo – do siebie, zachodząc po drodze w głowę: co by miało znaczyć to spotkanie? Że już nie żyję? Że wkrótce „zaproszą mnie do stołu”, jak sam prowokowałem los, pisząc: „do zobaczenia, Zbyszku”? Obudziłem się – i wszystko stało się jasne. Odetchnąłem. To był tylko sen! W nocy z niedzieli na poniedziałek. Po chwili wstałem, zapaliłem lampkę. Dochodziła czwarta. Osłupiałem. O tej właśnie godzinie, we wtorek nad ranem 28 lipca, odszedł na wieczną wachtę Zbigniew Herbert. Usiadłem przy biurku, zapisałem sen. Zajęło mi to niespełna pół godziny. Potem nad Oliwą przetoczyła się burza z rozległymi, długotrwałymi grzmotami, jakby przelatywały odrzutowce. Gdy lunęło, resztkami sennej świadomości odnotowałem: „Epilog w burzy”.
Teraz już mi zostało tylko zacytować Jego przyjaciela, Zdzisława Najdera. Powiedział „Życiu” tak. „Już od paru lat miałem przykre wrażenie, także przekonanie uczące pokory, że oto mój najbliższy przyjaciel jest wielkim poetą, pisze wiersze, które czytam,podobają mi się, ale jest to coś, co mnie przerasta, ja tego nie potrafię opisać. W ostatnich latach doszła irytacja, że przecież marnowałem czas, że część życia zmarnowałem, bo wtedy, w roku 52, 53, powinienem prowadzić dziennik, zapisywać wszystko co mówił, zapisywać jak się uśmiecha. Powinienem być jak Eckermann dla Goethego, ale nie byłem. Po prostu był to mój przyjaciel. Rozmawialiśmy tyle, a ja pamiętam raczej atmosferę. Pamięć jest dziurawa. Gdy czytam listy, natrafiam na kawałki, po których sam chciałbym się o coś dopytać. I mam poczucie winy”.Nie mógłbym być Eckermannem, choćby dlatego, że poznałem Herberta dopiero w latach osiemdziesiątych. Choćby dlatego, że przepędziłby natychmiast wścibskiego skrybę. Nie odważyłbym się też nazywać Go swoim przyjacielem, choć on, żartowniś, tak się do mnie odzywał, tak wpisywał do książek. Mam natomiast na pewno większe od Najdera poczucie winy, że nie skorzystałem godziwiej i mądrzej z tej znajomości, że rwała się ona jak sparciała od sklerozy pamięć. Być może to poczucie winy wykreowało ów sen. A może On sam, widząc, jak się miotam, zesłał mi litościwie Stamtąd łaskę ostatniej rozmowy…
Były lata, kiedy podziwiałem Go z daleka. Były też lata, kiedy – niezasłużenie – patrzyłem Mu z bliska w twarz. Więcej: mogłem Go dotknąć. I raz nawet dotknąłem. Było to w 1983 roku, po spotkaniu autorskim poprowadzonym przez Kazimierza Nowosielskiego w Kościele św. Mikołaja, w którym Barbara Madajczyk stworzyła rodzaj salonu literacko-politycznego, a jego gościem, później gościem w jej przymorskim mieszkanku, był właśnie w końcu kwietnia owego roku Zbigniew Herbert. Tam się poznaliśmy, tam pokłóciliśmy, tam przeszliśmy „na ty”. Poszło o Jerzego Andrzejewskiego, który zmarł 19 kwietnia. Herbertowie bawili wtedy w Sopocie. Zbyszek w jakimś momencie oświadczył, że nie był na jego pogrzebie, nie pojechał do Warszawy specjalnie, demonstracyjnie. Nie mógł mu wybaczyć jego meandrów politycznych, akceptacji stalinizmu, potem przejścia do opozycji (zawsze w czołówce!), ale głównie miał pretensje o „Popiół i diament”. Myśląc o tej powieści, mamy w pamięci film Andrzeja Wajdy ze świetną kreacją Zbigniewa Cybulskiego. Herbert znał powieść od podszewki, od pierwszej, podszytej hańbą domową wersji, przez późniejsze, popaździernikowe przeróbki. I nie mógł mu jej przebaczyć. W myśl „Przesłania Pana Cogito”: „i nie przebaczaj zaiste nie w twojej mocy / przebaczać w imieniu tych których zdradzono o świcie”.Zaperzyłem się, bajdurzyłem o uzurpowaniu przezeń praw nieludzko boskich. Bóg przecież przebacza. Po wyznaniu win, żalu, skrusze i zadośćuczynieniu. – Tego zabrakło, nie tylko Andrzejewskiemu – parował Herbert. Nie poszło na noże; po kłótni pozostał mi wpis do wyboru poezji: „Tadziowi* i Grażynie Skutnikom bardzo serdecznie Zbigniew Herbert (*choć Tadzio mnie obrugał ale słusznie)”. Rzeczywiście zrugałem Go za niezłomność zasad; swoim zwyczajem przyznał mi ironicznie rację. Ja jednak niniejszym Mu ją zwracam.
Późną jesienią 1984 roku kapituła nagrody poetyckiej gdańskich środowisk twórczych skupionych przy duszpasterstwie oo. dominikanów, nosząca imię Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, przyznała ją Herbertowi. Nie mógł przyjechać na spotkanie i uroczystość wręczenia ze względu na stan zdrowia. Toteż część kapituły, pofatygowała się do Warszawy. Anna Kamieńska, warszawianka, już tam była. Z Poznania przyjechał o. Marcin Babraj (finansowa część nagrody, fundowana przez tamtejszych dominikanów i miesięcznik „W drodze”), z Gdańska ja przywiozłem jej część artystyczną: ceramiczną figurkę Don Kichota ręki Ryszarda Stryjca, fundowaną przez naszych dominikanów, a właściwie o. Sławomira Słomę. Rozpakowując na miejscu torbę ze zgrozą stwierdziłem, że utrąciłem w drodze kawałek lancy Błędnego Rycerza. Chociaż – nie, lanca była ruchoma, wysuwana z olstra. To musiał być fragment grzywy lub ogona jego konia. Herbert był tym ubawiony. – Żadne dzieło sztuki nie jest doskonałe – żartował. Był wtedy w dobrym humorze. Okazało się, że ze zdrowiem nie jest tak kiepsko, on po prostu nie lubił żadnej oficjalności, namaszczenia, podniosłych mów i recytacji, a potem odpowiadania na banalne pytania. Zrekompensował naszej „trójce murarskiej” trudy dojazdu dobrym francuskim winem i czytaniem rękopisów nikomu nie znanych jeszcze wierszy. Tam usłyszeliśmy – z nabożeństwem i niepokojem – „Elegię na odejście pióra atramentu lampy”, opublikowaną dopiero sześć lat później w Paryżu, w tomie „Elegia na odejście”. Tam też – ulegając gorącym namowom śp. Anny Kamieńskiej – wprowadził nas do najtajniejszego sanktuarium. Pozwolił nam zajrzeć do swoich szkicowników podróżnych. Było ich kilkanaście. Zatonęliśmy w nich do późnych godzin nocnych. Z rzeczy praktycznych: zreperowałem im lampkę nocną. U nich stroną praktyczną życia zajmowała się Pani Katarzyna, a elektryczności wolała nie tykać.
Nie była to pierwsza „elegia na odejście”. Stworzył ich wiele; najpierw chłopcom malowanym swego pokolenia, przystębnowanym ściegiem kul do wrzosowisk „z cierpkim obolem ojczyzny pod drętwym językiem”. Potem tym, „których zdradzono o świcie”. Szkicował wizje Sądu Ostatecznego, przeprawy na Drugi Brzeg. Przygotowywał wreszcie swoje odejście. Raz elegijne, raz ironiczne, to znowu najzwyklejsze w świecie. W ostatnim tomie, „Epilogu burzy”, jest to Pana Cogito wyjazd na wakacje. Obok – ten wiersz. I na ostatek zamykające tomik cztery strofki z „Tkaniny”:
Bór nici wąskie palce i krosna wieczności oczekiwania ciemne flukta
więc przy mnie bądź pamięci krucha
udziel swej nieskończoności.
/Tadeusz Skutnik
„Dziennik Bałtycki” 1998/